ANEKS I: Głos reportera: Rok wyborów – wybrane zagadnienia

Kampanie to bitwy na dyskursy, o tych sprzed wyborów, parlamentarnych w 2019 i prezydenckich w 2020 r. miałem okazję pisać dla „Forbesa”, „Politico”, „Deutsche Welle”[1] i innych periodyków. Szereg wątków wciąż pozostaje aktualnych i nadal są osiami walki międzypartyjnej. Oto ich przegląd, który powstał w dużej mierze na podstawie tamtych artykułów. Nie tropi wszystkich wątków, jakie przewijały się w kampaniach, to raczej całościowy ogląd pola wytyczonego przez poszczególne narracje. Pozwoli zorientować się, gdzie przebiegały główne linie frontu, w jakim były osadzone kontekście i jakie wyzwalały kontrowersje. Zachowałem oryginalny styl dziennikarski, dodając stosowne przypisy, chociaż z racji koniecznej zwięzłości z pewnością nie wyczerpują one poszczególnych zagadnień.

1. Muzułmanie i inni – nowi Żydzi

W marcu 2018 roku obchodzono 50. rocznicę wydarzeń roku 68. Liczni komentatorzy zwracali uwagę na podobieństwa między tamtą epoką i teraźniejszością, podnosząc temperaturę dyskusji pytaniami o relację PiSu do kwestii „Inności” rasowej i etnicznej. Chociaż rok 1968[2] i rok 2018 różniły się pod wieloma względami, łatwo zauważyć między nimi uderzające analogie. Przede wszystkim – w miarę, jak słabł nurt liberalny i światopoglądowo świecki w kulturze polskiego życia politycznego – w łonie partii rządzącej wzbierał zjadliwy nacjonalizm. Co więcej, w obu przypadkach cynicznie wykorzystano niechęć do „Obcego-Innego”: w 1968 roku etykietowano tak Żydów, w 2018 przedstawicielami „obcych” byli Muzułmanie. Tak wtedy, jak i teraz, za element budowania narracji posłużył kontekst międzynarodowy: w 1968 pokłosie Wojny Sześciodniowej (wojny Jom Kipur) w Izraelu i bardziej ogólnie – dominujący ówcześnie klimat zimnej wojny; w 2018 konflikt syryjski i kryzys uchodźczy, wyznaczające początek nowej ery stosunków międzynarodowych. W obu wypadkach celem wzbudzania określonych nastrojów społecznych było stworzenie podłoża dla konkretnych inicjatyw: w 1968 próby zamachu stanu, w 2018 – tego, co wielu określiło mianem „rozbiórki ustroju demokratycznego” i zanegowania ustaleń Okrągłego Stołu[3].

„Korzeni aktualnej sytuacji należy upatrywać nie tyle w wydarzeniach 1968 roku, co w okresie, gdy rodził się polski nacjonalizm – tj. gdy w latach 90. XIX wieku rodziła się endecja” – powiedział mi Michael Steinlauf, professor historii w amerykańskim Gratz College. Steinlauf zauważa: „Najbardziej rzucającą się w oczy różnicą między współczesną narracją PiSu a czasami ONR-u jest pozornie mniejsza rola antysemityzmu. Użyłem terminu pozornie, ponieważ jest on mimo wszystko obecny, aczkolwiek ukryty pod powierzchnią”. Konstanty Gebert, polski dziennikarz i naukowiec akademicki, ostrzega wszakże: „Powinniśmy być ostrożni, kreśląc paralele między teraźniejszą Polską – wciąż jednak demokratyczną – a Polską z tamtego okresu, która była dyktaturą”.

Zdaniem Michaela Schudricha, naczelnego rabina Polski, „byłoby błędem utożsamiać rok 1968 z wypadkami roku 2018. Ale w obu tych sytuacjach rozbrzmiewają podobne tony”, podsumował.

Kaczyński krytycznie ustosunkowuje się do polskiego antysemityzmu. Publicysta, wtedy „Gazety Wyborczej”, Konstanty Gebert tak to kwituje: „Owszem, to prawda, ale funkcjonujące w oficjalnej narracji przenośnie i metafory ukazują uderzające paralele między dzisiejszą islamofobią a antysemityzmem zeszłego stulecia. PiS twierdzi, że absolutnie nie zgadza się z poglądami antysemickimi, ale gdy przychodzi do działania, pozostaje bierny. Polska staje się coraz bardziej nieprzyjaznym miejscem, a PiS nie ruszy nawet palcem”, dodaje Gebert.

Polsko-amerykański historyk Jan Gross tłumaczy: „Partia PiS sama w sobie nie jest otwarcie antysemicka. Ale jej bliskie związki z Radiem Maryja i gazetą Nasz Dziennik sprawiają, że karmi się skojarzeniami z retoryką antysemicką. Język, którym odnosi się do uchodźców, jest złowrogi – „to są obcy pośród nas, którzy niosą zarazę”.”

Polska prasa prawicowa przedstawiała kryzys uchodźczy z lat 2014/2015 jako inwazję islamu na Europę. W nagłówkach pojawiały się określenia takie, jak „atak”, „zabór”, „aneksja” czy „penetracja”. Jednocześnie kreowano obraz Europy Zachodniej jako kultury zdominowanej przez lewackie wpływy, podważające wagę wartości chrześcijańskich, znaczenia tradycji i rodziny. Przykładem może być sukces, jaki odniosła w internecine okładka tygodnika „wSieci” w lutym 2016 roku, gdy przedstawiono na niej półnagą postać kobiety owiniętej w flagę Unii Europejskiej, próbującej odsunąć natarczywie do niej sięgające ciemnoskóre męskie dłonie. Zdjęciu towarzyszył podpis: „Islamski gwałt na Europie”.

W 2015 roku antyimigracyjna retoryka zdecydowanie pomogła PiSowi scementować swoją tożsamość wśród grupy najwierniejszych wyborców, a rząd zgodził się przyjąć bardzo nielicznych spośród ponad miliona uchodźców, którzy przywędrowali do Europy. Partia PiS była bardzo krytyczna wobec obowiązkowego system alokacji, uzgodnionego w Unii.[4]

„Nie twierdzę, że Muzułmanie zastąpili w polskim imaginarium postać Żyda, ale można powiedzieć, że obecnie rolę „Obcego” pełni Muzułmanin”, mówi profesor Katarzyna Górak-Sosnowska, specjalistka od studiów nad islamem w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej. „W dodatku jest to „obcy” dziwnego rodzaju, odległy, nieznany. Tak więc z perspektywy dzialań zmierzających do odczłowieczenia Muzułmanów można powiedzieć, że zastąpili oni postać „żyda”, z tym zastrzeżeniem, że Żydzi od dawna są obecni w polskiej kulturze, podczas gdy Muzułmanie są nadal elementem nietutejszym”.

Podczas kampanii wyborczej w 2019 roku jedną z głównych osi narracji skrajnej prawicy, w którą ochoczo włączył się PiS, stała się kwestia restytucji przedwojennego mienia żydowskiego. Krzysztof Bosak, poseł Konfederacji Wolność i Niezależność, w początkach 2020 roku głośno powtarzał, że zakusy restytucyjne „stanowią wielką groźbę”. „Uważamy, że obawiając się zakulisowych negocjacji w kwestii restytucji mienia, musimy wzmocnić prawną ochronę polskiej własności”, dodał. Tuż przed tym wystąpieniem partia Kukiz’15 zgłosiła projekt ustawy ograniczającej możliwość wystąpienia z roszczeniem ze strony Żydów, których własność została skonfiskowana lub skradziona w okresie Holokaustu lub po nim. W maju 2019 roku, akurat wtedy, gdy w Izraelu świętowano Dzień Pamięci Holokaustu, w polskim Sejmie odbyła się debata nad tym projektem poselskim. W jego uzasadnieniu można było przeczytać, że celem ustawy jest „zapobiec roszczeniom wysuwanym wobec własności obywateli polskich [w przypadku], gdy nie pozostali przy życiu bezpośredni spadkobiercy” i ukrócenie „bezpodstawnych procesów o własność.”[5]

Na kilka dni przed 26 maja, datą wyborów do Parlamentu Europejskiego, Kaczyński oświadczył: „Polska nie ma żadnych zobowiązań wynikających z II wojny światowej, ani w sensie prawym, ani moralnym”. Stwierdził, że to Polacy powinni otrzymać rekompensatę. „Zobowiązania są, ale wobec Polski i Polaków[6]. Niektóre kraje położone na Zachód od Polski są nam winne setki miliardów euro, może nawet więcej”, skomentował zabiegi Polski o reparacje wojenne od Niemiec.

„Gdyby kiedykolwiek do tego doszło [do wypłaty odszkodowań przez Polskę – przyp. tłum.] […] byłoby to również pośmiertnym zwycięstwem Hitlera. Nie ma naszej zgody na to i nie będzie tak długo, jak długo będzie rządziło Prawo i Sprawiedliwość”[7], powiedział z kolei Morawiecki.

2. Kiedy mężczyzna kocha kobietę

Jeszcze przed rozpoczęciem kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku, PiS ostro zaangażował się w działania mające na celu marginalizację polskiej społeczności LGBT+, sprzeciwiając się temu, co przedstawiciele partii nazwali „zachodnią ideologią LGBT”. Jak się wydaje, ta kwestia niebawem „awansowała” w hierarchii priorytetów kampanii wyborczej, zastępując retorykę anty-uchodźczą.

Kaczyński ostrzegł: „Ręce precz od naszych dzieci!”, sugerując, że „ideologia LGBT+” zagraża moralności i zdrowiu młodych Polaków. PiS najwyraźniej spłacał w ten sposób dług wobec Kościoła za jego pomoc w gromadzeniu wsparcia w czasie wyborów z 2015 roku – gdy w budowanie poparcia zaangażowało się m.in. Radio Maryja. Według interpretacji zarówno PiS, jak i organizacji w rodzaju Ordo Juris, działających na rzecz ustanowienia w Polsce tzw. „stref wolnych od LGBT”, „ideologia LGBT+” stanowiła obcy, importowany z Zachodu element, narzucony polskiej kulturze i moralności chrześcijańskiej.[8]

Kiedy w lutym 2019 roku prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski podpisał deklarację wsparcia społeczności LGBT+, kilka gmin zareagowało, ogłaszając się „strefami wolnymi od LGBT”. Prezydent Warszawy opowiedział się za włączeniem edukacji seksualnej i dotyczącej kwestii LGBT+ do programów szkolnych, zgodnie z wskazówkami WHO.[9] Tymczasem jeden z plakatów w kampanii wyborczej PiSu przedstawiał parasol z logo partii, osłaniającą schowaną pod nim rodzinę od tęczowego deszczu. „Gazeta Polska” ogłosiła, że będzie dystrybuować naklejki „Strefa wolna od LGBT”. Widniały na nich pionowe tęczowe paski, przekreślone grubym, czarnym x. Redaktor naczelny, Tomasz Sakiewicz, tak tłumaczył akcję swojej gazety: „Wolność oznacza, że ja szanuję twoje poglądy, a ty szanujesz moje. My sprzeciwiamy się jedynie narzucaniu poglądów siłą. To, że ktoś jest aktywistą ruchu gejowskiego, nie czyni go bardziej tolerancyjnym”.

Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie pod względem przestrzegania praw społeczności LGBT+.[10] W grudniu 2019 roku Parlament Europejski przyjął rezolucję potępiającą dyskryminację i mowę nienawiści wobec osób LBGT+, w tym tworzenie „stref wolnych od LGBT”.

Walka o prawa osób LGBT+ i przeciw nim przyjmuje wiele form, rozgrywając się również w obszarze kultury formalnej. Przykładem film „Kler” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, przedstawiający polskich księży jako osoby skorumpowane i pedofilów, który w 2019 roku pobił rekordy kasowe polskich kin. „Gazeta Polska” przedrukowała replikę plakatu anonsującego film na bilbordach w całym kraju, zamieszczając na nim postacie księdza Jerzego Popiełuszki i ojca Maksymiliana Kolbe. Na plakacie widniał napis: „Kler: nasz skarb w walce z nazizmem, komunizmem, LGBT i Islamistami”.

Rok później inny film, dokument o osobach, które jako dzieci były molestowane seksualnie przez księży, obejrzało w ciągu zaledwie trzech dni 11 milionów Polaków. „Nie mów nikomu” w reżyserii braci Tomasza i Marka Sekielskich oddaje głos ofiarom przestępstw seksualnych, które przed kamerą relacjonują swoje losy i konfrontują się z oprawcami. „Na naszych oczach dokonuje się mentalna rewolucja. Ofiarę nazywamy ofiarą, a sprawcę sprawcą”, powiedział Sekielski w rozmowie z „Polityką”. Po premierze filmu polski Kościół katolicki nagle zmienił ton, przepraszając ofiary, które doznały wykorzystywania seksualnego ze strony księży. Arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski Wojciech Polak posunął się nawet do wyrażenia słów podzięki dla obu braci za ich odwagę.

Genderyzm: pojęcie gender już wcześniej wyznaczało front szczególnie zaciekłych ataków w polskiej wersji wojen kulturowych. Naturalnie, samo wyrażenie funkcjonuje w podwójnym znaczeniu: w terminologii akademickiej jako pojęcie naukowe oraz w popularnej narracji, w formie rozmytej.[11] Urszula Chowaniec wskazuje na sposób, w jaki Kościół mówi o „gender, opisując je jako „głęboko destruktywne” wobec „osoby, relacji międzyludzkich i całego życia społecznego, zakorzenione w marksizmie i neomarksizmie.

O takich wypowiedziach wyrazili się krytycznie niektórzy mniej fundamentalistycznie nastawieni członkowie polskiego Kościoła. Piotr Mucharski, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, powiedział: „tzw. gender studies od lat są wykładane na polskich uczelniach, ale jak dotychczas nikt tego nie kwestionował.”[12] Pełnomocnik rządu do spraw równego traktowania, Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, zapewniła, że w polskich szkołach nie są realizowane żadne programy upowszechniające treści wrogie wobec rodziny. Oskarżyła ona polskich biskupów o wykreowanie nieistniejącego przedtem sformułowania ideologia genderyzmu, który został obsadzony w roli nieistniejącego wroga. W tym samym okresie grupa profesorów uczelni warszawskich oznajmiła publicznie, że z kampanią prowadzoną przez Kościół wiąże się ryzyko zagrażające wolności badań naukowych, a inna grupa napisała list do papieża,[13] zawierający oskarżenie, że postrzeganie nauczania o gender (gender studies) jako źródła kryzysu rodziny jest polowaniem na czarownice. Dominikanin, ojciec Maciej Zięba, zakwestionował słuszność potępiania „pojęcia gender, skoro większość Polaków nigdy go nawet nie slyszała”.[14] Pojawiły się też publikacje, podsumowujące ostatnie dwadześcia lat myśli feministycznej w polskiej nauce.[15] Chowaniec zauważa, że groźba domniemanego negatywnego oddziaływania gender wskazywała na „nasze dzieci” jako potencjalne obiekty; podkreślała przy tym, że słowo „nasze” odgrywa ważną rolę w retoryce przekazu. Struktura zwrotu „nasze dzieci” – argumentuje Chowaniec – oznacza mianowicie ideologiczne przywłaszczenie dzieci.

3. Nie strzelać do posłańca!

To co niosło PiS, to odrodzenie się w Polsce mediów anty-liberalnych.[16] Stało się to za sprawą m.in. katastrofy smoleńskiej, która stała się dla skrajnej prawicy i dla PiSu okazją, by odgrzebać lub ożywić stare teorie spiskowe. Może więc nie należało się dziwić, że w grudniu 2015 roku, objąwszy rządy w kraju, PiS przeforsował prawo, które pozwalało rządowi na sprawowanie bardziej bezpośredniej kontroli nad mediami publicznymi.

W ciągu kolejnych tygodni około 200 dziennikarzy zostało zwolnionych lub zmuszonych do odejścia, wielu z nich po tym, jak zostali napiętnowani jako osoby niepatriotyczne, wrogie wobec Polski lub nielojalne wobec rządzącej partii.[17] Według danych Towarzystwa Dziennikarskiego, w 2016 roku aż 225 dziennikarzy opuściło media publiczne – czy to w wyniku zwolnień czy rezygnując z własnej woli.

W 2015, po dojściu PiS do władzy, okazało się również, że partia rządząca nieprzychylnie patrzy na zjawisko reklamowania w mediach państwowych mediów niepublicznych, które prezentowały linię krytyczną wobec rządzących. Pogorszyło to sytuację finansową kilku niezależnych tytułów prasowych – „Gazety Wyborczej” oraz tygodników „Polityka” i „Newsweek Polska”. Dwa prywatne kanały telewizyjne, Polsat i TVN, również stanęły przed trudnym wyborem: albo będą wspierać rząd w jego poczynaniach, albo muszą ponieść straty biznesowe. Polsat Zygmuta Solorza, mającego jeszcze kilka przedsiębiorstw, które mogły ponieść straty w wyniku nieprzychylnych regulacji wprowadzanych przez rząd, jeszcze przed wyborami zaczęła zajmować stanowisko prorządowe. Pogorszenia sytuacji nie uniknęły inne media, portal Onet, której właścicielem jest niemiecki koncern Axel Springer, jak i lokalne gazety, również znajdujące się w posiadaniu tej spółki.[18] Na tydzień przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku PiS oznajmił, że zamierza ureglować status dziennikarzy krajowych i stworzyć nowy porządek medialny.

Specjalny przypadek „Gazety Wyborczej”: w latach 2015-20 redakcja „Gazety Wyborczej” otrzymała 55 wezwań do sądu, w tym pozwy cywilne o zniesławienie i domniemane naruszenie dóbr osobistych, wystosowane w imieniu kilku osób fizycznych i prawnych, m.in. Jarosława Kaczyńskiego, nadawcy telewizji publicznej Telewizja Polska oraz państwowej spółki KGHM Polska Miedź. Każdy pozew był związany z materiałami publikowanymi w gazecie czy na internetowej stronie spółki – w tym np. z artykułami omawiającymi warszawski skandal reprywatyzacyjny, komentującymi niską jakość masek przeciw COVID sprowadzonych z Chin i opisującymi relacje biznesowe między liderem PiSu a związanym z Kaczyńskim austriackim przedsiębiorcą, prowadzące do wybudowania wieżowca dla firmy związanej z partią rządzącą.[19]

Wszystkie bez wyjątku agendy rządowe i firmy, w których państwo posiada większość akcji, dostały zakaz reklamowania się w „Gazecie Wyborczej”. Również prywatne firmy, ubiegające się o kontrakty rządowe, otrzymały ostrzeżenie, że będą monitorowane pod tym kątem. W rezultacie w pierwszym roku rządów PiS wpływy z reklam spadły o 25%, zmuszając „Gazetę” do redukcji zatrudnienia i innych cięć budżetowych.[20] Gdy w 2005 roku „Gazeta Wyborcza” rozchodziła się w nakładzie około 450 tysięcy egzemplarzy, w 2015 spadł on do 190 tysięcy. W 2019 roku sprzedano 91 tysięcy egzemplarzy.

Obawiając się, że rząd będzie usiłował zamknąć dziennik, w czerwcu 2016 roku wydawnictwo zaoferowało George’owi Sorosowi zakup 11% swoich akcji. Nie może być zbiegiem okoliczności, że partia PiS wkrótce potem podgrzała kampanię przeciw „obcej interwencji” na rynku polskich mediów. Opozycyjne wobec rządu stacje telewizyjne wciąż funkcjonują, ale przez cały czas doświadczają podobnych nacisków.

Zaraz po ogłoszeniu na jesieni 1989 roku upadku komunizmu w Polsce, Kaczyński powiedział, że „Gazeta Wyborcza” propaguje „liberalizm, postawy przeciwne tradycji i antykatolickie” i jest „przeciwna koncepcji narodu.” Oskarżył „Gazetę” o szerzenie „pedagogiki wstydu,” mówiąc bardzo konkretnie o „niszczeniu polskiej dumy narodowej”, które miało się realizować na przykład poprzez informowanie społeczeństwa o istnieniu polskich kolaborantów w okresie Holokaustu. Wzajemna niechęć Kaczyńskiego i Adama Michnika, pierwszego redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”, zaczęła się wiele wcześniej. Kaczyński tak podsumowuje pozycję Michnika: 

„To jest układ interesów, wyrastający ze starych struktur komunistycznych, do których dokooptowano niektórych członków obozu Solidarności… Ich troską jest przede wszystkim ich interes ekonomiczny, a ich postawa w zasadniczym stopniu wpływa na wydarzenia w Polsce – również w sensie politycznym. Owe interesy nie zawsze są bowiem w harmonii z interesami narodu jako takiego.”

PiS mogło też liczyć na dziennikarzy w mediach prawicowych, służących niejako w charakterze „zaciężnej piechoty”. Do zilustrowania tego zjawiska może posłużyć urywek z tekstu Rafała Ziemkiewicza w „Do Rzeczy”:[21] „Wydaje się, że brak kompetencji u polityków, których wspiera „Gazeta Wyborcza”, zirytował zespół redakcyjny do tego stopnia, że zdecydowali się wziąć sprawy w swoje ręce – stając się w ten sposób praktycznie partią polityczną” – brzmi postawiona przez Ziemkiewicza diagnoza. „Nietrudno zauważyć, że ich wysiłki mają na celu zeświecczenie Polski i przesunięcie jej tak bardzo na lewo, jak to możliwe – jak to się stało w krajach Europy Zachodniej.

Gazeta Michnika od początku swojego istnienia próbowała tego dokonać – występując z pozycji gracza usytuowanego między poszczególnymi partiami, tym samym zajmującego stanowisko meta-polityczne. Wyborcza uznała za swój naczelny cel rekonstruowanie mentalności polskiej, „wychowanie” Polaków tak, by mogli się stać „nowoczesnymi Europejczykami”. Gazeta Wyborcza była głosem warstwy ludzi oświeconych, deklarujących wyższość moralną i etyczną, wszelako wykazujących chęć przyjęcia do swoich szeregów „mas”, aspirujących do awansu do elity – pod warunkiem, że kandydaci pomyślnie przejdą test, polegający na wykazaniu doskonałej obojętności [wobec procesów liberalizujących i zeświecczających Polskę]. W tym procesie stopniowo kreowano nową elitarną grupę, przeznaczoną do sprawowania władzy – ludzi sprytnych, o zachłannym, postkolonialnym nastawieniu. Niewiele wagi przykładają do zachowania „europejskiego” poczucia sprawiedliwości, większe wrażenie wywierają na nich „samochody z górnej półki”, niż uznanie intelektualistów.” 

Ziemkiewicz przybrał ton do tego stopnia agresywny, że aż korci spytać, czy sam nie przełożyłby luksusowego samochodu nad porządną książkę. Tak czy inaczej, udało mu się trafić w bolesne sedno. „Gazeta Wyborcza” na samym początku kampanii wyborczej w 2019 roku nie przysłużyła się ani samej sobie, ani koalicji anty-PiS, publikując w nieodpowiednim czasie exposé obnażające domniemaną próbę przyjmowania przez Kaczyńskiego łapówki.[22] 

Stosunek Kaczyńskiego do Michnika, jak wiele innych przypadków gorącej nienawiści, to w rzeczywistości kwestia nieodwzajemnienej miłości. Jarosław Kaczyński, faktycznie rządzący Polską, pragnął jedynie, by Adam Michnik, charyzmatyczny były dysydent antykomunistyczny, pozwolił mu „przyłączyć się do swojej paczki”.

„Od momentu przejęcia władzy w 2015 roku Kaczyński właściwie nie przejmował się tak bardzo [opozycyjną] partią – Platformą Obywatelską, ani byłym premierem Donaldem Tuskiem, jak porachunkami z Unią Wolności [UW, partią Michnika i innych intelektualistów ruchu Slodarność]”, pisze eseista Sławomir Sierakowski. „Dla Kaczyńskiego jest i zawsze był tylko jeden bohater: Adam Michnik”.

Kaczyński ma z Michnikiem na pieńku co najmniej od początku lat 90., kiedy to polityk zaczął głosić tezę o braku lojalności komunistów, którzy jego zdaniem zdradzili Polskę. Niektórzy działacze komunistyczni mieli żydowskie pochodzenie – Kaczyński więc doskonale wiedział, co robi, gdy w kontekście polskich doświadczeń zrównał przynależność do narodu żydowskiego z brakiem lojalności i światopoglądem komunistycznym.

Kaczyński utrzymuje, że „Gazeta Wyborcza” propaguje „liberalizm, postawy przeciwne tradycji i anty-katolickie” i jest „przeciwna koncepcji narodu.” Oskarżył „Gazetę” o szerzenie „pedagogiki wstydu,” mówiąc bardzo konkretnie o „niszczeniu polskiej dumy narodowej” – poprzez na przykład informowaniu o polskich kolaborantach w okresie Holokaustu.

Rafał Ziemkiewicz utrzymuje, że tajną agendą Michnika było przesunięcie Polski w stronę świeckości i lewicowego liberalizmu „tak bardzo, jak by się to dało – na podobieństwo Zachodniej Europy”. Zarzuty te bardzo przypominają oskarżenia o „marksizm kulturowy”, wysuwane przez populistyczne ugrupowania w Stanach Zjednoczonych – pobrzmiewają w nich echa antysemickich teorii spiskowych. Warto w tym konkretnym kontekście podkreślić ten element.

Reputacja Michnika ucierpiała już dawniej, czasie tzw. afery Rywina, której kulisy ujawniły przyjazne relacje redaktora z członkami dawnej warstwy polityków komunistycznych. PiS, który walkę z korupcją przyjął za czołowy temat swojej działalności, bardzo skorzystał na całym zamieszaniu związanym z tą aferą. To bowiem ówczesny zastępca przewodniczącego partii, Zbigniew Ziobro – obecny minister sprawiedliwości – był autorem radykalnego w swojej wymowie „raportu mniejszości” dotyczącego afery.

Tak Adam Michnik mówił mi podczas rozmowy, którą przeprowadziliśmy w maju 2021 r.: „Wszelkie spekulacje o domniemanych podziałach w łonie koalicji rządzącej są bez znaczenia, to zwykłe detale. Centralnym projektem PiSu jest rozgrywanie cynicznej gry. Może stać się i tak, że kiedy ta grupa na prawicy naszej sceny politycznej zniknie, na jej miejsce pojawi się blok nawet bardziej radykalny albo jeszcze bardziej dyktatorski przywódca. Wtedy będziemy zmuszeni zmagać się z nowym przeciwnikiem”.

W tygodniu poprzedzającym drugą rundę wyborów prezydenckich rozmawiałem z dziennikarkami śledczymi, Agatą Kondzińską i Iwoną Szpalą, w warszawskiej siedzibie „Gazety”. Ostro krytykowały PiS – czego można się było spodziewać – ale komentarze dotyczące Biedronia i Trzaskowskiego były również mniej niż pozytywne. Oświadczyły, że redakcja nieodmiennie wspiera demokrację, co miało oznaczać, że bliżej jej do PO, ale nie popiera żadnej partii. Dzielne dusze, walczące o dobrą sprawę, ale w gruncie rzeczy nie dające solidnego poparcia koalicji anty-pisowskiej.

4. Historia: Wojna i PiS

Na liście zagadnień, które PiS uznał za kluczowe po dojściu do władzy w 2015 roku, wysoką pozycję zajęła zmiana postrzegania Polski – zarówno przez Polaków, jak i przez resztę świata. I tak na przykład minister edukacji Anna Zalewska wzdragała się przyznać, że niektórzy Polacy przyłożyli rękę do dwóch najbardziej niesławnych przypadków zbiorowych mordów: spalenia trzystu ludzi w stodole w Jedwabnem w 1941 roku oraz pogromu kieleckiego w roku 1946. Usiłowała podkreślić role Niemców (w Jedwabnem) i odpowiedzialność władz komunistycznych (w Kielcach).

W 2017 roku PiS wystąpiło z inicjatywą ustawodawczą kryminalizacji przypadków użycia określenia „polskie obozy koncentracyjne.” Jednocześnie PiS publicznie potępiło historyka Jana Grossa za publikowanie zebranych przez niego relacji o tym, jak w czasie drugiej wojny światowej Polacy brali udział w prześladowaniu i zabijaniu Żydów.[23] Kolejnym przykładem są losy Muzeum Drugiej Wojny światowej, otwarte w Gdańsku w 2017 roku. Kaczyński mówi, że muzeum zostało stworzone niemal całkowicie przez Niemców, a polska tożsamość została w nim wymazana. W październiku tego samego roku odwołano dotychczasowego dyrektora placówki i zastąpiono go przystające do poglądu PiSu.

Równolegle minister kultury został oskarżony [przez opozycję] o próbę przejęcia kontroli nad Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku.[24] Poseł Dariusz Piontkowski (PiS) oświadczył: „Mamy prawo oczekiwać, by muzea budowane w Polsce odzwierciedlały polską perspektywę”. Według niego zasadniczym sednem debaty jest „czy to muzeum ma być takim kosmopolitycznym tworem, w którym brytyjscy i amerykańscy historycy mówią nam, Polakom, jak mamy postrzegać II wojnę światową”.

Znamienny jest odcień znaczeniowy użytego przez niego określenia „kosmopolityczny”. Niegdyś w Związku Radzieckim i satelitarnych europejskich państwach socjalistycznych słowo to stanowiło oskarżenie przeciwników ideologicznych; w słowniku stalinowskim funkcjonował jako zniesławiający synonim przymiotnika „imperialistyczny”, jak też „żydowski” czy „syjonistyczny.” Norman Davies, składając oświadczenie jako rzecznik Kolegium Programowego Muzeum Drugiej Wojny Światowej, powiedział, że działania rządu mają charakter „bolszewicki” i „paranoiczny”: „Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie chce, żeby jakaś „banda” zagranicznych historyków decydowała, co się dzieje w „ich” muzeum”.

Innym punktem zapalnym jest kwestia tzw. „żołnierzy wyklętych”. Sama nazwa została zaczerpnięta z książki autorstwa Jerzego Śląskiego, a propagował ją zmarły tragicznie prezydent Lech Kaczyński. Politycy PiSu, wyjaśniając ich ocenę katastrofy na smoleńskim lotnisku, mówiąc o ofiarach używali sformułowania „polegli” – jednym tchem wspominając o domniemanej eksplozji na pokładzie prezydenckiego samolotu i „moralnej odpowiedzialności” Tuska za katastrofę.

Prawa Pamięci: Polska nie jest wyjątkiem, jeśli chodzi o europejskie kraje, usiłujące chronić swoją historyczną reputację, jak zauważa Uladzislau Belavusau.[25] To dążenie znakomicie odzwierciedlają dwie polskie inicjatywy ustawodawcze: ustawa o dekomunizacji z 2016 roku i przyjęta w 2018 roku zmiana ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, penalizująca użycie sformułowań sugerujących odpowiedzialność lub współodpowiedzialność narodu lub państwa polskiego za zbrodnie nazistowskie (np. „polskie obozy śmierci”).[26]

Zgodnie z regulacją przyjętą w ustawie z 2016 roku, władze samorządowe zostały zobligowane do zmiany nazewnictwa miejsc i ulic tam, gdzie propagowało ono komunizm w definicji przyjętej przez ustawę i zgodnie z listą przygotowaną przez IPN (Instytut Pamięci Narodowej został utworzony w roku 1998 z wyłącznym zadaniem badania zbrodni reżimów nazistowskiego i stalinowskiego). Na początku 2018 roku Polska znalazła się w samym centrum skandalu, wynikającego z dopiero co przyjętego prawa. Polski argument, że wszystkie kraje Europy Zachodniej w ramach tego prawa działają w ten sam sposób, chroniąc pamięć Holokaustu, jest „co najmniej zwodniczy” – jak to określa Belavusau.[27]

Restytucja własności: Polska była w gronie 47 państw, które podpisały Deklarację Terezińską, ale nigdy nie sformułowała odpowiednich regulacji prawnych. Niewiele jest osób, które wierzą, że sytuacja ulegnie zmianie wskutek nacisku ze strony Stanów Zjednoczonych. Polska pozostaje też jedynym krajem w Unii Europejskiej, który nie wprowadził legislacji dotyczącej kwestii restytucji mienia. Mimo apeli płynących z Izraela, mających silne wsparcie Waszyngtonu. Emocje budzone przez kwestię restytucji własności niosły w 2019 roku całą skrajną prawicę, a zwłaszcza Konfederację.

5. Bruksela lub śmierć

Pierwszy etap kryzysu konstytucyjnego rozpoczął się niecały miesiąc po objęciu rządów przez PiS – w grudniu 2015 roku. Dotyczył on Trybunału Konstytucyjnego i zakończył się niemal całkowitą zmianą składu sędziowskiego, w tym przez osoby popierające władzę, w tym dwoje prawników, którzy byli poprzednio posłami z PiS. Drugi etap dotyczył zmian w składzie i regulacjach organizacji Sądu Najwyższego oraz domniemanej reformy całego systemu sądownictwa.

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów programu owej reformy było powołanie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, przeznaczonej do prowadzenia spraw przeciw sędziom. Nowa Izba została powołana przez Krajową Radę Sądownictwa (KRS) – organ nominujący sędziów i sprawujący nadzór nad funkcjonowaniem sądów – która jeszcze wcześniej została zdominowana przez sojuszników rządzącej partii. Większość jej członków została bowiem wybrana przez Sejm, zamiast pochodzić z nominacji zgłaszanych przez sędziów – jak działo się za poprzedniego system prawnego.

Po roku 2015 i po zainicjowaniu przez PiS kampanii o zmianę składu sędziów Trybunału Konstytucyjnego i KRS, partia rządząca usiłowała doprowadzić do podobnych zmian personalnych w składzie Sądu Najwyższego, obniżając obligatoryjny wiek emerytalny dla sędziów i kierując pozostałych do dwóch nowo utworzonych izb. Metoda zupełnie nie nowa, ale skuteczna: władza usuwała, przenosiła lub degradowała osoby o poglądach krytycznych wobec PiSowskiego rządu, rzekomo w imię „reformy sądownictwa”. W 2016 roku przywrócono stan sprzed 2009 roku dotyczący organów ścigania – ponownie łącząc funkcje ministra sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego, które powierzono Zbigniewowi Ziobrze.

 
Działania PiSu, mające na celu uciszenie, prześladowanie i usuwanie z pracy sędziów, których poglądy nie są zbieżne z linią partyjną, nabrały rozpędu i energii po wyborach parlamentarnych w 2019 roku. Obecnie sędzia może być postawiony w stan oskarżenia za przestrzeganie wyroków wydanych przez Sąd Najwyższy. Jednym z zarzutów stawianych władzy jest też prześladowanie prokuratora Józefa Gacka – którego wina według PiSu polega na tym, że nie posunął się dostatecznie daleko prowadząc śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej.

Należy zauważyć, że prokuratora nigdy – również przed dojściem PiSu do władzy – nie była całkowicie niezależna i wolna od nacisków politycznych, ale też nigdy przedtem nie została upolityczniona „z taką mocą, w takim zakresie i na taką skalę” – oświadczył Krzysztof Parchimowicz, prokurator, w rozmowie z „Foreign Policy”. W październiku 2019 roku postawiono mu zarzuty niesubordynacji i wszczęto wobec niego postępowanie dyscyplinarne. Przeciwnicy rządzącej partii twierdzą, że nowe prawo, przezwane ustawą kagańcową, podważa niezawisłość sędziowską poprzez zastraszanie sędziów krytycznych wobec władzy tak, by wydawali wyroki zgodne z oczekiwaniami partii. Ostrzegają równocześnie, że takie zmiany prawa mogą prowadzić do wykluczenia Polski z Unii Europejskiej – do tak zwanego Polexitu, bo jego treści są sprzeczne z artykułami traktatów unijnych, podważając zasadę nadrzędności prawa unijnego.

Linia obrony PiSu: Zwolennicy rządzącej partii tłumaczą, że miany były konieczne, bo polskie sądy pracowały zbyt wolno i mało wydajnie, ponadto system sprawiedliwości przymykał oczy na częste nieprawidłowości i praktyki korupcyjne. Utrzymują, że sądownictwo zostało opanowane przez postkomunistyczne elity, skorumpowane do szpiku kości – które, okopawszy się w szeregach sędziowskich, miały wydatny udział w tworzeniu nowego porządku prawnego, służącego utrwalaniu spuścizny dawnego.[28]

W następstwie masowych protestów z lata 2017 roku prezydent Duda zawetował niektóre z reform, ale jego własne propozycje okazały się bliskie projektom rządowym. Główna zmiana polegała na wbudowaniu w system prawny gwarancji, że kandydaci Sejmu na członków Krajowej Rady Sądowniczej będą wybierani pod warunkiem zdobycia trzech piątych kwalifikowanej większości bezwzględnej oddanych głosów. W oficjalnym uzasadnieniu proponowanych zmian przytaczano trzy argumenty. Po pierwsze – jak tłumaczył Morawiecki w tzw. „transatlantyckim dialogu” z Josephem Weilerem, który odbył się 39 kwietnia 2019 roku na Wydziale Prawa Uniwersytetu Nowojorskiego – istnieją względy historyczne: „W 1989 roku […] sędziowie z czasów komunistycznych pozostali na stanowiskach w nowej Polsce. Ci sami sędziowie, którzy skazywali moich towarzyszy broni […] byli tymi, którzy tworzyli „niezawisłe” i „obiektywne” kadry sędziowskie III Rzeczypospolitej w latach 90.”. Po drugie – podkreślił potrzebę zmian procedury wyboru sędziów, bo jego zdaniem dotychczasowa metoda, w której największe wpływy mają nominacje środowiska sędziowskiego, nie służy walce z korupcją wśród sędziów. Wreszcie, bardziej upolityczniony system selekcji ma poprawić „zastraszająco niski” poziom polskiego stanu sędziowskiego.


6. Kultura: sięgając po rewolwer

Dwa dni przed wybora do Sejmu w 2019 roku Olga Tokarczuk dostała literacką Nagrodę Nobla, słowom uznania z zagranicy towarzyszyły ostre ataki ze strony PiSu w kraju.[29] Tydzień przed ogłoszeniem werdyktu Akademii Szwedzkiej Kaczyński publicznie ostro atakował polskie „elity kulturalne”. Oświadczył, że pisarze i filmowcy nie powinni w swojej twórczości dotykać narodowych ran ani przypominać ciemnych kart polskiej historii. 

W początkach 2020 roku Piotr Bernatowicz, gorący sympatyk PiSu, został powołany na najwyższe stanowisko w jednej z najbardziej znanej i poważanej na świecie polskiej instytucji kultury – w Centrum Sztuki Współczesnej w warszawskim Zamku Ujazdowskim. Za rządów PiSu Ministerstwo Kultury zwalniało innych dyrektorów, których poglądy określiło jako „zbyt postępowe”. W 2016 roku stanowisko stracił Paweł Potoroczyn, który od 2008 roku dyrektorował Instytutowi Adama Mickiewicza. W tym samym czasie zwolniono również dyrektorkę berlińskiej sekcji Instytutu, Katarzynę Wielgę-Skolimowską, za program, który zdaniem władz zbyt koncentrował się na Holokauście. W 2019 roku w Muzeum Narodowym, czołowej polskiej galerii sztuki, zdjęto instalację wideo, przedstawiającą interakcję kobiety jedzącej banana, jako gorszącą. W proteście przeciw ewidentnej cenzurze Polacy wylegli na ulice z bananami, które zjadano pod budynkiem muzeum.

7. Rosja: Znowu czy wciąż?

Inwazja Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku zmieniła kontekst, ale wcześniej stosunek Zjednoczonej Prawicy do Rosji wcale nie był taki oczywisty. Zresztą szereg pytań zadawanych od lat, wciąż pozostaje aktualnych.

Czy Polska mogła być użyta jako teren eksperymentu dla rosyjskich metod mieszania się w politykę innych państw, które później Rosjanie stosowali wielokrotnie w Europie i w Stanach Zjednoczonych?

Kiedy w 1940 roku Niemcy uderzyli na Francję, powiadano, że Francuzi poszli na „wojnę z przeszłości”, podczas gdy Niemcy atakowali nowoczesnymi metodami „Blitzkriegu” – wojny błyskawicznej.

Być może to samo można powiedzieć o „wojnie kulturowej”: w serii stoczonych już bitew niemal nie używa się armat. Liberalna lewica wciąż prowadzi wojnę na stare sposoby, podczas gdy oddziały prawicy zmieniły reguły potyczki, wprowadzając strategię walk hybrydowych toczonych na wielu poziomach – głównie w mediach społecznościowych. To potyczki o niewielkim zasięgu, rozgrywane z dala od oczu publiczności i kampanii PR-owych – na przykład rosyjska dyplomacja szczepionkowa w Europie Wschodniej i Środkowej.

Bazując na danych zdobytych przez wywiad, atakujący stosują strategię hybrydową w postaci dobrze skoordynowanej kampanii. Środki zaczepne wykorzystują zarówno istniejącą w danym kraju scentralizowaną kontrolę polityczną, jak i strategie medialne z obfitą domieszką zabiegów kompromitujących wroga, szantażu, przekupstwa i włamań do sieci internetowej. W perspektywie krótkoterminowej celem wydaje się sianie zamętu w umysłach przeciwników, polaryzowanie poglądów i podważanie znaczenia publicznych instytucji oraz pogłębianie nieufności społecznej wobec nich. Mniej jasny jest cel długoterminowy.

Na chwilę odłóżmy na bok analizę dyskursu czy tektonikę socjopolityczną, wszystkie wyrafinowane narzędzia modelowania psefologicznego. Przed nami rozwija się narracja o władzy i pieniądzach, brutalna opowieść, jak postsowiecka Rosja odzyskuje, kawałek po kawałku, wpływy na kraje sąsiedzkie – usiłując w ten sposób rozbić jedność Unii Europejskiej. Jej recepta na zwycięstwo – w drodze wyborów, jeśli by nie było innego sposobu – polega na zakłócaniu i obrzydzaniu narracji, jaką buduje opozycja atakowanego kraju; na dyskredytowaniu głównych narratorów i grożeniu im na różne sposoby, zastraszaniu i terroryzowaniu każdego, kto znajdzie się między walczącymi stronami; wreszcie, na podważaniu wszelkich szans na stworzenie realnej, skonsolidowanej opozycji.

Czy więc Polska mogła być użyta jako królik doświadczalny dla metod rosyjskiego mieszania w międzynarodowej polityce?

Dziennikarz Grzegorz Rzeczkowski uważa, że przed wyborami parlamentarnymi z 2015 roku, które Platforma przegrała na PiSu, działający w ukryciu agenci, opłacani przez Rosję, podjęli działania by zdyskredytować PO. W książce, którą zatytułował „Obcym alfabetem. Jak ludzie Kremla i PiS zagrali podsłuchami”, Rzeczkowski ujawnił niektóre dotychczas nieznane wydarzenia, które zaszły za kulisami „afery taśmowej” z 2014 roku, skandalu, który wstrząsnął polską sceną polityczną i ma na nią destrukcyjny wpływ.

Tygodnik „Polityka”, w którym pracował Rzeczkowski, został po opublikowaniu książki pozwany przez rosyjską firmę paliwową KTK za publikację artykułów o swoich biznesowych relacjach z polskich potentatem węglowym Markiem Falentą, który był jedną z kilku kluczowych osób zamieszanych w aferę taśmową w 2014 roku (tej właśnie, która pomogła obalić rządy Platformy Obywatelskiej pod koniec 2015 roku). On jedyny w wyniku śledztwa i procesu w sprawie nielegalnych podsłuchów znalazł się w więzieniu.

Autorzy wspomnianych artykułów zwracają uwagę, że gdy PiS publicznie prezentuje stanowisko zażarcie rosyjsko-sceptyczne, zbieżność interesów partii i Kremla jest co najmniej warta bliższej uwagi. PiS jest postrzegany jako jedna z tych partii politycznych, które najbardziej zakłócają politykę unijną, tym samym z pewnością zaskarbiając sobie aprobatę Rosji.

Tomasz Piątek, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, również uważa, że te powiązania mogą sięgać głębiej. „W 2014 roku Donald Tusk zachował się jak mąż stanu. Po agresji Rosji na Ukrainę (z 2014 roku – przyp. red.) zmienił kurs na jednoznacznie przeciwny Rosji i udało mu się zdziałać cud: przekonał Niemców, że w całej sprawie to Putin jest tym „złym”. Tego Kreml nie mógł mu wybaczyć. Jakiś czas potem ujrzały światło dzienne pamiętne taśmy. Wszystko wskazuje, że taki był prawdziwy sens wypadków” – argumentuje Piątek.

Piątek jest również autorem książki, wydanej w 2017 roku – „Macierewicz i jego tajemnice”, w której ukazuje, jakie powiązania miał Antoni Macierewicz – człowiek PiSu w samym sercu środowiska wywiadu – z prorosyjską partią Zmiana i z milionerem, a niegdyś agentem służb specjalnych, Robertem Luśnią.

„Rosjanie posyłali do Macierewicza swoich amerykańskich popleczników, na przykład senatora Ala D’Amato, który obecnie jest lobbystą, czy kongresmena Danę Rohrabachera. To przez znajomości z takimi postaciami Macierewicz został wciągnięty w sieć powiązań rosyjskich” – twierdzi Piątek.

Dziennikarz dodaje, że Macierewicz ma sporą wiedzę o kulisach działalności Kaczyńskiego, na przykład o tajnikach finansowania jego pierwszej partii, Porozumienia Centrum. „To sprawy sprzed lat, ale wciąż mogą się okazać dla Kaczyńskiego kłopotliwe. Kaczyński wie, kim jest Macierewicz, ale się go obawia” – mówi Piątek.

„Macierewicz dysponuje rozległą siecią ludzi powiązanych z Rosją, którzy wiele mogą – na przykład Luśnia, który dawał Macierewiczowi pieniądze z budżetu swojego przedsiębiorstwa. Te zastrzyki finansowe pomogły mu osiągnąć ważne stanowiska – ministra spraw wewnętrznych i szefa kontrwywiadu wojskowego. Dzięki nim Macierewicz miał dostęp do informacji, które jeszcze bardziej wzmacniały jego pozycję” – tłumaczy Piątek.

Michał Lisiecki, główny akcjonariusz w spółce PNPG, właściciel dwóch prawicowych tygodników „Wprost” i „Do Rzeczy”, też jest, zdaniem Piątka, zamieszany w sieci Macierewicza. To właśnie tygodnik „Wprost” w 2014 roku ujawnił szczegóły afery taśmowej. Zaś „Do Rzeczy” jest otwarcie prorosyjskie i eurosceptyczne.

„Bezpieczeństwo narodowe to śmiertelnie poważny interes. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Jest niebywale ważne, byśmy sobie zdali sprawę, że to my jesteśmy w stanie wojny z Kremlem, a nie partia PiS. Rosja posługuje się PiS-em, cyniczni przywódcy partyjni mniej lub więcej zgadzają się na taki stan rzeczy – tymczasem wyborcy PiS są systematycznie oszukiwani. Naturalnie nie można przypisywać Kremlowi wszechmocy, jego knowania nie leżą u podstaw wszystkich naszych problemów. Ale na Kremlu wiedzą, jak z mistrzowską precezyją wykorzystać nasze trudności, aby nas zniszczyć” – ostrzega Piątek.

Grzegorz Rzeczkowski w swojej książce pokazuje, jak ważną role w tych dalekosiężnych planach odgrywają politycy i dziennikarze związani z PiS-em. Tomasz Piątek twierdzi, że Rosja operuje poprzez podnajmowanie wykonawców, tworzy mianowicie rozmaite zewnętrzne grupy wpływu, które pracują na korzyść jej zamiarów: „Grupy te często ze sobą konkurują, robiąc to, co według nich jest dla Kremla na rękę, bo taki układ dobrze działa. Agenci, którzy konkurują ze sobą w staraniach o pieniądze Kremla, po prostu lepiej pracują. W Polsce też istnieją rywalizujące ze sobą sieci wpływu. Widać jak na dłoni powiązania, kontakty i sympatie w układach tworzonych wokół tygodnika „Do Rzeczy”, fundacji Ordo Iuris oraz europosła Ryszarda Czarneckiego” – Piątek nazywa rzeczy po imieniu.

„Media i boty kontrolowane przez Rosjan bezustannie rozsiewają te same treści propagandowe, w których częściowa prawda miesza się z czystą fikcją” – takiej wypowiedzi udzielił platformie Emerging Europe Rupert Cocke, dziennikarz śledczy, który prowadzi blog poświęcony krytycznemu myśleniu o teoriach spiskowych „Sharpen Your Axe” (https://sharpenyouraxe.substack.com/ – Ostrz Topór). „W swoich wrzutkach nawet nie usiłują zachować spójności. Chodzi wyłącznie o to, by jednocześnie dostarczyć rozrywki i wprowadzić chaos w głowach odbiorców, cały czas zbijając ich z tropu”.

„Ekspert sztuki dezinformacji, Ben Nimmo, mówi, że Rosja stosuje podejście czterowymiarowe [4D approach]” – ciągnie Cocke. „Opiera się ono na lekceważeniu, uciszaniu i obrażaniu głosów krytycznych; na zniekształcaniu sytuacji poprzez wymyślanie wciąż nowych pseudo-faktów; na odwracaniu uwagi przez zarzucanie drugiej stronie, że czyni to samo; oraz przez promowanie poczucia niemocy, aby odstraszyć ludzi od drążenia danego tematu” – objaśnia Cocke.

„Nie ma wątpliwości, że przeszliśmy od epoki, w której celem autorów teorii spiskowych było zdobycie wśród odbiorców wiary w nieprawdziwe konstrukcje myślowe, do czasu, w którym teorie spiskowe służą po prostu temu, by dezorientować i przenosić dyskusję publiczną na grunt, na którym nie da się ferować osądu o stopniu ich wiarygodności” – powiedziała w rozmowie z Emerging-Europe Clare Birchall z londyńskiej uczelni King’s College.

„Rola kluczowych graczy i interesariuszy reprezentujących państwo w tym przesunięciu akcentów jest złożona. Można zindentyfikować ponad wszelką wątpliwość przykłady, jak osoby na kluczowych stanowiskach świadomie posługują się treściami wziętymi z kampanii dezinformacyjnych, powtarzając fragment przedstawianych w nich argumentacji. Ale samo tworzenie konspiracji, sam „ruch konspiracyjny”, nadal realizuje się głównie na poziomie oddolnym – jak widać na przykładzie zbiorowego konstruowania teorii spiskowych „na podstawie źródeł QAnon[30]”. Nie wszyscy populiści korzystają z ruchów konspiracyjnych, ale ich akcje często zbiegają się w czasie. Nie ulega wąpliwości, że polityka oparta na osiąganiu konsensu jest o wiele trudniejsza, gdy teorie spiskowe biorą górę nad retoryką wojen kulturowych” – konkluduje Birchall.

„Doskonale wiemy, że Rosja wykorzystuje teorie spiskowe, aby oczerniać Zachód i osłabiać międzynarodowe sojusze, na przykład NATO oraz by budować wsparcie i lojalność wobec rosyjskich władz. Wiele z tych teorii gra na takich samych strunach, co skargi, które dostarczają paliwa politycznym ruchom skrajnej prawicy. Najczęściej idą ręka w rękę z postawami antymigracyjnymi, tendencjami nacjonalistycznymi i separatystycznymi, z protekcjonizmem i poparciem dla struktur charakteryzujących się autorytarnym stylem przywódczym”.

„Populizm deklaruje się jako ruch polityczny, który dąży do odebrania władzy elitom, aby ją zwrócić „ludziom”. W praktyce wiele teorii spiskowych, które zdominowały narracje populistyczne, działa na zasadzie odbierania władzy prześladowanym, by ją przekazać w ręce małej wewnętrznej grupy, w której skład wchodzą zazwyczaj przedstawiciele cywilnych i wojskowych służb porządkowych” – mówi Orr.

Polscy prowokatorzy uwielbiają dyskutować o traktacie westfalskim[31], o powrocie do Europy krajów narodowych. Ich krytycy natomiast w swoich liberalnych mediach często obdarzają ich epitetem bolszewików. Obie strony spoglądają wstecz – jak gdyby nie można było zrozumieć nowego bez odwoływania się do historycznych analogii.

Piątek mówi, że gra idzie o Polskę, o Zachód i w ogóle o demokrację. „Ogółem biorąc, jestem zdumiony, że tak mało się o tym mówi, a opozycja prowadzi tysiące cząstkowych narracji, które są zaledwie fragmentami większej całości” – dodaje.


[1] Jo Harper, „PiS Picks LGBT Battleground in Poland,” Forbes, 24 marca 2019; „Polish Right Goes Left on Health,” Politico, 10 lutegeo 2016; „Poland’s Extra-Parliamentary Opposition Stresses Need for Civil Society,” Deutsche Welle, 16 stycznia 2016.

[2] Wydarzenia Marca 68 rozpoczęły się od antyrządowych wystąpień studenckich, zbiegając się w czasie z wydarzeniami Praskiej Wiosny w Czechosłowacji. Jednym z nich skutków była fala emigracji – zmuszono do opuszczenia kraju co najmniej 13 tysięcy Polaków żydowskiego pochodzenia.

[3] Zapewne najbardziej haniebnym wyrazem tych spiskowych interpretacji polskiej niedawnej przeszłości była publikacja „Resortowe Dzieci” (Dorota Kania, Jerzy Targalski,, Maciej Marosz, wydawnictwo Fronda, Warszawa 2013). Za przykład przedstawienia przywódcy ruchu Solidarności, Lecha Wałęsy, jako agenta komunistycznego, może z kolei posłużyć publikacja Sławomira Cenckiewicza, Wałęsa: Człowiek z teczki (Poznań, Zysk, 2013).

[4] Minister spraw zagranicznych, Witold Waszczykowski, powiedział w listopadzie 2015 roku, że syryjscy uchodźcy przybywający do Europy powinni uformować armię, która zostanie następnie odesłana do ojczyzny, by ją uwolnić, „zamiast popijać kawę w berlińskich kawiarenkach, podczas gdy żołnierze oddziałów wysłanych z krajów Zachodniej Europy stają naprzeciw [IS – państwa islamskiego]. Jonstone, „Syrian refugees should be trained into an army to fight Isis, Poland’s foreign minister says,” [Polski minister speaw zagranicznych mówi, że syryjscy uchodźcy powinni utworzyć armię do walki z Isis] – 16 listopada 2015, w magazynie The Independent.

[5] Kiedy w styczniu 1945 do Warszawy wkroczyła Armia Czerwona, ponad 90% budynków było zniszczonych przez ustępujących Niemców. Polska była w grupie 47 krajów, które podpisały Deklarację Terezińską w sprawie mienia okresu holokaustu i związanych z tym kwestii, ale nigdy nie stworzyła odnośnych mechanizmów prawnych. Szacuje się, że na terenie Polski zostało bezprawnie przejętych przez polski rząd komunistyczny po ofiarach pochodzenia żydowskiego i znacjonalizowanych 170 tysięcy prywatnych majątków. Do dzisiaj obowiązuje tak zwany „dekret Bieruta” z 1945 roku. 

[6] https://wyborcza.pl/7,75968,24754155,sprzeciwiam-sie-odbieraniu-pozydowskich-majatkow-ale-czy-rzeczywiscie.html?disableRedirects=true, Gazeta Wyborcza, 5 maja 2019

[7] https://dorzeczy.pl/kraj/103012/morawiecki-to-byloby-posmiertne-zwyciestwo-hitlera.html, 17 maja 2019

[8] Ordo Iuris apelowało o niemal całkowity zakaz aborcji. Jest częścią większego ruchu, o międzynarodowym charakterze i profile „pro-life”, który koordynuje poczynania w legislacje kryminalizujące aborcję i coordinates to promote legislation that criminalizes abortion and undermines LGBT+ rights, among other things, according to BIRN’s 2018 investigation.

[9] Paweł Rabiej, zastępca prezydenta Warszawy, porównał tworzenie „stref wolnych od LGBT+” do tego, co się działo za czasów okupacji nazistowskiej. „Niemieccy faszyści tworzyli strefy wolne od Żydów” – napisał na Twitterze. https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,25004838,gazeta-polska-zapowiada-naklejki-strefa-wolna-od-lgbt-pawel.html , 18 lipca 2019.

[10] Zgodnie z danymi Rainbow Europe, organizacji związanej z Międzynarodowym Stowarzyszeniem Gejów, Lesbijek, Osób Biseksualnych, Transpłciowych I Interpłciowych [International Lesbian, Gay, Bisexual, Trans and Intersex Association ], Polska jest na przedostatnim miejscu na 28 krajów UE pod względem przestrzegania równości i antydyskryminacji. Małżeństwa jednopłciowe są w Polsce nielegalne, a kategoria partnerstwa homoseksualnego nie jest uznawana przez polski system prawny. Natomiast gdy w 2001 41% ankietowanych roku Polaków stwierdziło, że bycie osobą homoseksualną nie powinno być tolerowane i nie jest normalne, proporcja ta spadła do 24% w roku 2017, zgodnie z danymi państwowego biura sondażowego CBOS.

[11] Zjawisko manipulacji dokonywanych w obszarze lingwistycznym przez kościół, polityków, a czasem również w debatach akademickich, zostało przedstawione i opisane w książce Macieja Dudy. Maciej Duda, Dogmat płci. Polska wojna z gender (Warszawa: Wydawnictwo Naukowe Katedra, 2016).

[12] Vide: Jonathan Luxmoore, „Polish Church Declares War on Gender Ideology,” [Polski Kościół Deklaruje Wojnę z Ideologią Gender] Our Sunday Visitor Newsweekly, January 29, 2014.

[13] Ibid.

[14] Ibid.

[15] German Ritz, Magdalena Hornung, Jędzrejczak Marcin, and Tadeusz Korsak, Ciało, płeć, literatura: prace ofiarowane Profesorowi Germanowi Ritzowi (Warszawa: Wydawnictwo Wiedza Powszechna, 2001).

[16] Raport Dzięciołowskiego – oparty na wywiadach z sześcioma czołowymi polskimi dziennikarzami, z których trzech publikuje w periodykach o umiarkownie liberalnym profilu (Gazeta Wyborcza, Polityka Weekly i Onet.pl), a pozostali trzej pracują dla mediów konserwatywnych (Radio Wnet, Tygodnik WSieci i Belsat TV) – przedstawia, jak po katastrofie smoleńskiej w 2010 głos prasy prawicowej stał się znacząco lepiej słyszalny i nabrał charakteru podjudzania.

[17] Według wyników sondażu przeprowadzonego przez instytut IPSOS, 51.6% Polaków uważa, że TVP nie realizuje swojej misji. W rankingu prasy światowej pod względem wolności słowa [World Press Freedom index], opublikowanym w 2019 roku, Polska była na 59-tym miejscu na ogólną liczbę 180 krajów; oznaczało to spadek z 18-ego miejsca, które zajmowała w poprzednim rankingu, przeprowadzonym w 2015 roku.

[18] W początkach 2019 roku multimiliarder George Soros zawarł sojusz z wydawnictwem Agora (w którym ma 16% akcji), by za pośrednictwem czeskiej firmy SFS Ventures zgłosić akces zakupu Eurozet, właściciela kilku stacji radiowych – w tym drugiej co do wielkości stacji Radio Zet. Innymi chętnymi do kupna były: Fratria, wydawca pro-rządowego tygodnika wSieci oraz właściciel kilku prawicowych informacyjnych stron internetowych (w tym w wPolityce), PMPG Polskie Media SA – właściciel tygodnika Do Rzeczy i Wprost oraz biznesmen Zbigniew Jakubas.

[19] European Centre for Press and Media Freedom (ECPMF)[Europejskie Centrum Wolności Prasy i Mediów], The Media Freedom Rapid Response Supports Gazeta Wyborcza in Poland, 6 lipca 6, 2020.

[20] Adam Michnik, „Adam Michnik: zmiana władzy straszliwie walnęła „Gazetę Wyborczą” po kieszeni, nie stać nas na oddziały regionalne i korespondentów,” wirtualnemedia.pl, 23 listopada 2016.

[21] Rafał Ziemkiewicz, Op Cit (2016). –

[22] „Gazeta w lipcu 2018 roku opublikowała transkrypt dokonanego w sekrecie nagrania, na którym słychać Kaczyńskiego rozmawiającego o projekcie budowlanym ogromnej skali, które miałoby być realizowane w Warszawie; treść wypowiedzi miała sugerować, iż w zamian za możliwość osobistego wpływu na realizację projektu obiecuje korzyści politycznej natury.” Citation

[23] Jan Grabowski, Hunt for the Jews: Betrayal and Murder in German-Occupied Poland, (Bloomington: Indiana University Press, 2013) [Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium pewnego powiatu. Wyd. Centrum Badań nad Zagładą Żydów]. Grabowski utrzymuje, że Polacy zamieszkujący tereny wiejskie byli entuzjastycznymi pomocnikami Niemców i że wielu Żydów, którym udało się przeżyć getto i uniknąć wywózki do obozów śmierci, utraciło później życie, gdy zostali zadenuncjowani przez polskich sąsiadów. Ujawione przez niego fakty potwierdzają wcześniejsze relacje opisane przez Grossa w książkach „Sąsiedzi” i „Złote Żniwa.”

[24] W trakcie debaty sejmowej w 2008 roku Kaczyński oświadczył, że muzeum powinno przedstawić „Holokaust, który spotkał Polaków”. W kwietniu 2016 roku minuster kultury Piotr Gliński nieoczekiwanie ogłosił, że Muzeum Drugiej Wojny Światowej zostanie połączone z inną instytucją, pod nową nazwą. Ówczesny prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, zareagował błyskawicznie, grożąc, że w takim wypadku miasto odbierze nowej placówce, posługującej sie nową nazwą i realizującej nową misję, prawa do użytkowania działki, którą poprzednio miasto przekazało bezkosztowo na rzecz Muzeum Drugiej Wojny Światowej. Gliński wycofał się z zapowiedzi.

[25] Niemiecki kodeks kryminalny zabrania „obrażania czy złośliwego wyrażania pogardy wobec Niemiec lub któregokolwiek z landów”. W artykule 423 słowackiego kodeksu kryminalnego mowa jest o odpowiedzialności karnej za defamację „narodu, języka lub jakiejkolwiek rasy czy grupy etnicznej”, a podobne sankcje czekają na winowajcę podobnych zbrodni w artykule 355 czeskiego kodeksu karnego. Opublikowany w 2017 roku raport OSCE, dotyczący legislacji wobec zniesławienia na tym poziomie, wymienia „co najmniej czternaście krajów członkowskich OSCE, w których prawo karne przewiduje sankcje za obrazę państwa.” citations

[26] Uladzislau Belavusau i Aleksandra Gliszczynska-Grabias, red., Law and Memory: Towards Legal Governance of History (Cambridge: Cambridge University Press, 2017) [Prawo i Pamięć: W kierunku prawnego zarządzania historią]; Aleksandra Gliszczyńska-Grabias, „Calling Murders by Their Names as Criminal Offence—a Risk of Statutory Negationism in Poland,” [Nazywanie morderstwa po imieniu jako przestępstwo – ryzyko statutowego negacjonizmu w Polskce], Verfassungsblog, 1 lutego 2018; Volha Charnysh i Evgeny Finkel, „Rewriting History in Eastern Europe: Poland’s New Holocaust Law and the Politics of the Past,” [Przepisywanie Historii we Wschodniej Europie: Nowe Polskie Prawo o Holokauście i Polityka dotycząca Przeszłości], Foreign Affairs, 14 lutego 2018.

[27] Za przykład wyjaśnienia relacji między prawami pamięci i argumentowaniem o pragnieniu ochrony bezpieczeństwa publicznego może posłużyć publikacja Marii Mälksoo: „Memory Must Be Defended: Beyond the Politics of Mnemonic Security,” [Pamięć Musi być Chroniona; Poza Polityką Bezpieczeństwa Mnemonicznego], Security Dialogue 46, no. 3 (2015): 221–237; Anna Wójcik, „Memory Laws and Security,” [Prawa Pamięci I Bezpieczeństwo], Verfassungsblog, 5 lutego 2018; Wojciech Sadurski, Poland’s Constitutional Breakdown [Załamanie Konstytucji Polski], (Oxford: Oxford University Press, 2019).

[28] Chelsea Michta, „The Struggle over Poland’s Judiciary is also About History,” [W Walce o Polski System Sądowniczy chodzi również o Historię] CEPA, April 17, 2020.

[29] Polska telewizja publiczna (TVP) z charakterystycznym kilkuminutowym opóźnieniem podała do wiadomości zwycięsto Tokarczyk. TVP Info, kanał informacyjny telewizji publicznej, opublikował jej zdjęcie z podpisem: „Polka dostaje nagrodę Nobla.” Tokarczuk była na nieformalnej „czarnej liście” ministra kultury Glińskiego, jest więc możliwe, że w ciągu pierwszych minut po ogłoszeniu decyzji Komitetu Noblowskiego redaktorzy TVP Info po prostu nie odważyli się wymienić jej nazwiska.

[30] QAnon to całkowicie zdyskredytowana teoria spiskowa, rozpowszechniana przez kręgi skrajnie prawicowe. Głosi, że kabalistyczna konspiracja satanistycznych pedofilów, zarządzająca globalną siecią handlu dziećmi przeznaczonymi do wykorzystania seksualnego, spiskowała przeciw byłemu prezydentowi Donaldowi Trumpowi w czasie jego urzędowania.

[31] Niektórzy naukowcy, specjaliści od nauk o stosunkach międzynarodowych, sugerują, że to podpisany w 1648 roku pokój westfalski dał podwaliny pod reguły, na których opierają się współczesne relacje międzynarodowe, chociaż inni historycy dowodzą, że to w dużej mierze mit.

Author

Categories

You may also like

Archives


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.