Wśród brytyjskich wydawców sprawy Polski nie plasują się wysoko na liście priorytetów. Musi się w niej wydarzyć coś znaczącego, by znalazło miejsce w doniesieniach prasowych. Konstanty Gebert zwierzył mi się w sierpniu 2020 roku: „Obawiam się, że Białoruś właśnie zastąpiła Polskę w kategorii „przerażające historie z Wschodniej Europy”, a w żadnej innej nie zaleźliśmy miejsca”.
Mimo tych polityczno-komercyjnych ograniczeń, na łamach wszystkich gazet wielkoformatowych opowieść o Polsce po dojściu PiSu do władzy jest zaskakująco spójna. Rodzaj obowiązującej narracji i leksykalnego „narzędziownika” najłatwiej prześledzić w materiałach reporterskich publikowanych w czasie obu krajowych kampanii wyborczych – parlamentarnej w 2019 roku i prezydenckiej w rok później, jak również w czasie kampanii poprzedzającej wybory do europarlamentu w 2019 roku. Brytyjskie media na swój użytek skonstruowały ramę tekstową, która ma pomóc w przystępny sposób wyjaśnić rodzimemu czytelnikowi i szerszej rzeszy odbiorców złożone procesy historyczne, zachodzące na wielorakich, często wzajemnie się przenikających, nierzadko niedostatecznie jasnych poziomach.
Upraszczając, można stworzyć chronologiczny podział wspomnianego okresu. Na pierwszym etapie – do wyborów przeprowadzonych 13 października 2019 roku język doniesień obfitował w takie wyrażenia, jak „jałmużna”, „zaniepokojone środowisko biznesu”, „wygrani/przegrani”, często pojawiał sie wątek troski o warunki egzystencji społeczności LGBT+. Zasadnicza rama – zarówno w tekstach wydawnictw o orientacji centroprawicowej, jak i centrolewicowej – dała podstawę narracji, w której najsłabszym elementem strategii PiSu stały się kwestie „kulturowe”, obnażając zacofanie i prymitywizm światopoglądowy partii – „wschodnioeuropejskiej” w znaczeniu, w jakim to określenie funkcjonowało w epoce zmierzchu komunizmu, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych: sugerując biedę i zacofanie kulturowe, z nieco ambiwalentnym odniesieniem do roli „wroga”.
Ten sam język służył do podokreślenia pogłębiających się podziałów między Polakami, którzy „mają” („wygrani”) a tymi, którzy „nie mają” („przegrani”). „Nam” był bliższy obszar „Polski A” – społeczności wielkomiejskie, ludzie wykszałceni, z młodszych grup wiekowych. Reszta Polaków – jak brytyjscy niezamożni mieszkańcy Anglii północnej, południowej Walii i tym podobni – reprezentuje ludzi, których zasadniczo można kupić; postrzeganych instrumentalnie i pozbawionych sprawczości; przyjmujących, co się im zaoferuje, chociaż rzadko jest jasne, czy faktycznie na to zasługują. W tym pierwszym okresie teksty publikowane przez gazety wielkoformatowe zdradzają przekonanie autorów, że kapitalizm, który Polska zaimportowała po 1989 roku, właściwie zdał egzamin i nie potrzeba ponownego przemyślenia, „restartu” czy bodaj nawet przyznania, że jakieś problemy jednak istnieją.
Po wyborach w 2015 roku błyskawicznie zarysowano linie bitwy, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej. Przebiegały wzdłuż podziałów funkcjonujących od wielu lat: zwolennicy Platformy Obywatelskiej reprezentowani przez neo-liberalną Warszawę przeciw wzbierającej fali polskiego nacjonalizmu, która odnalazła swój głos w misji programowej partii Prawo i Sprawiedliwość. Przyjmowany dotychczas za dominujący, przynajmniej w narracji „The Financial Times” i podobnych tytułów, dyskurs liberalny stał się celem ataków; nie mogła mu przyjść w sukurs ani bezzębna lewica, ani starzejąca się grupa społeczna inteligencji stojącej na stanowisku świeckiego humanizmu. Drzwi stanęły otworem dla alternatywnych narracji, a w takiej sytuacji dość łatwo można było przewidzieć powrót PiSu jako partii z liczącym się zapleczem wyborczym. Wahadło narracyjne, jakby można powiedzieć, przechyliło się – od ostrzeżeń przed nadchodzącą tragedią do jej faktycznego zaistnienia; w kolejnym etapie można było obserwować reakcje, które żywo przypominały poszczególne stadia żałoby: od myślenia życzeniowego i zaprzeczenia po pewien rodzaj akceptacji. Byłoby wyzwaniem interesującym, aczkolwiek wybiegającym poza ramy niniejszego opracowania, przeanalizowanie owego dyskursu na tle debat, które w równoległym okresie podzieliły społeczeństwo brytyjskie „wzdłuż” kwestii brexitu. W obu społeczeństwach przebiegały podobne procesy: od wczesnych ostrzeżeń o nadchodzącej tragedii, inicjowanych i podsycanych przez populistów, do niechętnej akceptacji zaistniałego stanu rzeczy zarówno przez liberałów z formacji centro-prawicowej, jak i centro-lewicowej, chociaż to, co zaszło, było w jaskrawej sprzeczności z drogimi im wartościami liberalnego dyskursu obywatelskiego. Jedno pytanie pozostaje bez odpowiedzi: czemu polskie społeczeństwo – światowe, wykształcone, pluralistycze i zamożne – kupiło całą tę populistyczą opowieść?
Partia Prawa i Sprawiedliwości w wymiarze klasowym zdawała się reprezentować rosnącą zarówno liczebnie, jak i pod względem znaczenia, warstwę średnią: ludzi, którzy z czasów przed 1989 rokiem nie odziedziczyli żadnego kapitału kulturowego, materialnego czy politycznego. Ich poglądy w dużej mierze kształtowały się w zderzeniu z problemami, którymi tradycyjnie pogardza warstwa inteligencji. Byli w tej warstwie ludzie, którzy nie znali osobiście żadnego geja ani Żyda, nie studiowali za granicą, nie mówili płynnie po angielsku. W tym ujęciu wzrost wpływów PiSu jest opowieścią o przemijaniu jednej z grup tworzących społeczność Solidarności w momencie tranformacji 1989 roku – liberalnej inteligencji, przy jednoczesnym wzroście znaczenia materialistycznie, indywidualistycznie i transakcyjnie nastawionej warstwy zarządających średniego szczebla.
Spoglądając w przyszłość
1. Przeszliśmy etap bycia nigdzie: Pierwszy etap postkomunistycznej transformacji po roku 1989 miał charakter przejściowy, nie będący sam w sobie celem – wbrew temu, na co wielu liczyło. Być może zresztą celem był właśnie ów brak dookreślenia. Ostatecznie nieporządek i bezruch w równym stopniu należą do rzeczywistości. Jeśli posłużyć się „socjologią mitu” Boucharda, pierwszy z trzech etapów procesu powstawania mitu został w dużym stopniu osiągnięty do roku 2019. Dotychczasowe narracje uległy faktycznemu zerwaniu, chociaż proces ten na każdym etapie spotykał się z silnym oporem. Nowo powstająca narracja w jawny sposób zakłóciła istniejący stan rzeczy. Jej uczestnicy musieli stawić czoła rosnącej liczbie coraz silniejszych konfliktów i mini-kryzysów, ale aż do roku 2020 nie pojawił się jednoznaczny i nie dający się unikąć punkt zwrotny; rytualizacja i sakralizacja okazała się nieco trudniejsza do osiągnięcia, niżby się tego można było spodziewać.
2. PiS lepiej od innych zwęszył, co w trawie piszczy: Prawo i Sprawiedliwość skorzystało z okazji, by się zdefiniować na geopolitycznym tle braku poczucia bezpieczeństwa z towarzyszącym mu przekonaniem o rosnących zagrożeniach. Partia być może szybciej od rywali zrozumiała nastawienie ogółu elektoratu. Możliwe, że Polska po prostu wracała do swojego naturalnego stanu… Czy owa „nowa normalność” nie przypomina pod wielu względami „starej normalności”? Okazało się, że powszechnie panujące wartości ulegają wpływom zeświecczenia i wielokulturowości w mniejszym stopniu, niż to się działo wcześniej w Zachodniej Europie.
3. Niektóre zagrożenia są realne: Jednocześnie raptownie zmieniała się sytuacja zewnętrzna, co również wywierało wpływ na procesy społeczne wewnątrz kraju. Do wzrostu niepewności przyczyniła się cała plejada okoliczności: zamieszki na Ukrainie i w innych rejonach Europy Wschodniej oraz rosnąca wojowniczość Rosji wobec krajów satelitarnych, z jedoczesnym osłabieniem Unii Europejskiej po wyjściu Wielkiej Brytanii. Następnie trzeba uwzględnić wpływ wojny w Syrii. Napływowi uchodźców na tereny europejskie towarzyszyła zmiana postawy wobec migrantów: spotykali się z coraz większą antypatią, która objęła też Unię, narzucającą krajom członkowskim „kwoty” przybyszów, którym miały udzielić gościny. Do zachwiania stabilności przyczyniło się też usztywnianie pozycji reżimów przesyconych dążeniami nacjonalistycznymi, od Ankary po Budapeszt i dalej; wreszcie wydarzenia w Stanach Zjednoczonych, napędzany przez Trumpa natywizm. Wszystko to budziło obawę, że sprawy nigdy już nie wrócą do „normalności”, rozumianej jako społeczno-ekonomiczno-polityczne konwencje, uformowane po upadku komunizmu w 1989 roku – czy je nazwiemy globalizacją, neoliberalizacją czy też ukujemy dla nich jakiekolwiek inne miano.
4. Mit jest rzeczywistością: Jako, że w ramach konsensualnego dyskursu politycznego wypracowanego po 1989 roku w ogóle nie uwzględniono potrzeby alternatyw lewicowych,[1] po 2015 roku zaczęło się poszukiwanie rzeczywistych, namacalnych luk w narracji oferowanej przez PiS. Poszukującym zabrakło niestety zrozumienia, że ta narracja zafunkcjonowała na zasadzie aktu wiary – jako opowieść w całości poprawna, lub w całości goda odrzucenia. Wobec PiS-owskiej opowieści, której niemal całkowicie brak wspólnych elementów z opowieścią „globalistów”, pojawia się konieczność zero-jedynkowego wyboru ram interpretacyjnych. Trzeba odrzucić możliwość funkcjonowania innych prawd. Anglo-amerykańskie media liberalnego Zachodu, zakorzenione w tradycji empiryzmu, nie poradziły sobie zbyt dobrze, zmuszone do konfrontacji z nieuniknionym pryncypializmem myślenia „kontynentalnego” – w dużej mierze mającego charakter rozumowania indukcyjnego. Odbierano to jako atak na pewien sposób życia, na cały samopodtrzymujący się system rozumowania i działania. Tym bardziej, że obie narracje traktują w pewnej mierze o zdradzie; z tym, że w wersji „globalistycznej” chodzi o kontrolującą rękę i kufry Brukseli, a w opowieści autorstwa PiSu – o wyprzedaż polskiego przemysłu i historycznej tożsamości.
5. Liberalizm jest „problematyczny”: Sama doktryna liberalizmu, której wyrazicielami są powstałe w XIX wieku tytuły „Economist” i „Financial Times”, też dostała się pod lupę krytyki – aczkolwiek nie za głoszenie nieprawdy, ale dlatego, że nie uwzględniła, jak silny może być wpływ wiary w politykę. Zarazem przecież nie wolno zignorować sposobu, w jaki narracja ta definiuje i broni sformułowanych w jej ramach prawd – traktując je jako neutralne, obiektywne, nawet naukowe. Po wydarzeniach, które zaszły w Europie Wschodniej w 1989 roku, stało się jasne, że wzorcowe standardy, w większości osadzone w mitologii „modelu westminsterskiego” czy „konsensusu waszyngtońskiego”[2] – trzeba wyjaśnić w sposób odmienny od tego, który wystarczał krajom Europy Zachodniej czy Północnej Ameryce po roku 1945. Główny nurt dyskursu – przeciwstawiający się hegemonii władzy, wspierający istnienie interesów grupowych, podziałów i konfliktów, wciąż (acz coraz słabiej) popierany w krajach zachodnich przez myślicieli marksistowskich – od kryzysu finansowego z lat 2007-08 stał się przedmiotem nieuporządkowanych wysiłków, zmierzających ku jego przebudowie. Ostateczny wynik tych działań to koniec istnienia Lewicy jako politycznie skoordynowanego ruchu.
6. Demokracja hybrydowa to wciąż jeszcze demokracja: Wedle wszelkich oznak, Prawo i Sprawiedliwość uczyniło pierwszy krok w kierunku tego, co w paradygmacie transformacji określa się mianem „hybrydowej demokracji”. Nie zawsze jest tak, że polityczna liberalizacja prowadzi do demokracji w zachodnim stylu, jak tego dowiodła „arabska wiosna”. Wiele razy natomiast obserwujemy uformowanie się tak zwanych „hybrydowych reżimów”, reprezentujących pół-autorytaryzm lub autorytaryzm wyborczy, w tym również odmiany autorytaryzmu rywalizacyjnego, nowego autorytaryzmu czy neo-autorytaryzmu.
7. Dziennikarstwo jest zbyt ważne, by je zostawić w rękach dziennikarzy: Intencją autora niniejszej książki było ukazanie, jak zagraniczni dziennikarze piszą teksty o Polsce. Zamiar zakładał przeprowadzenie swoistej metaanalizy, w której dziennikarze nie są postrzegani jako obiektywni sprawozdawcy faktów, ale jako swoiste kanały interpretacyjne, przenoszący idee i doświadczenia, starający się wpasować w konkurujące ze sobą narracje obserwowane wydarzenia, nierzadko wymykające się ich zrozumieniu. Ale zamierzenie to szybko okazało się trudne do realizacji, gdyż większość dziennikarzy albo nie rozumiało swojej roli, albo rozumiało ją aż za dobrze i postanowiło prześlizgnąć się nad obszarami, po jakich przyszło im się poruszać, gdy tylko napotykali trudności w wymiarze moralnym. Znamienna dla wielu zachodnich mediów niechęć do refleksji – nawet, jeśli widzą jej potrzebę – dała o sobie znać również w materiałach dotyczących Polski. Doskonale ją zilustruje ten artykuł wstępny, który ukazał się w Financial Times w maju 2016 roku:
„Neoliberalizm stracił dzisiaj sens uniwersalnej obelgi, jakie niegdyś posiadał. Czy byłby to grzech zlecenia jakichś działań, na przykład prywatyzacji, czy zaniedbania, gdy pozwala się bankrutującej firmie na zamknięcie działalności, czy też określenie rezultatu jego oddziaływania na „przegranych” – neoliberalizm stał się wygodnym i pojemnym oskarżeniem, bronią zaczepną radykałów, którym brak umiejętności formułowania argumentów empirycznych. Korzystają z tego przemocowe reżimy całego świata, które mogą teraz ustawiać się w roli rycerzy krucjaty przeciw neoliberalizmowi, jednocześnie wykorzystują potęgę władzy państwowej dla podporządkowania sobie społeczeństwa, prowadząc nieudolną politykę gospodarczą i pogłębiając nierówności.” [3]
Cytowany fragment odsłania ideologiczne preferencje gazety. „Niektórzy przegrani” to określenie, które często pojawia się w debatach w zachodnich mediach, gdy mowa o tzw. „Polsce B”; ale jest też obecne w analizie przyczyn brexitu, wzroście popularności Trumpa i Marine Le Pen. Ta linia rozumowania wiele wyjaśnia. Dominujący trend gospodarczy minimalizuje znaczenie siły roboczej do jednego z wielu czynników wpływających na produkcję, więc owi „przegrani” mogą oznaczać robotników, których fabrykę zamknięto, a ich domowe rachunki za prąd podskoczyły kilkakrotnie w wyniku prywatyzacji nieruchomości, dotychczas zarządzanej przez państwo. Co widzieliśmy w Detroit i w Bolton[4], dzieje się w Skarbimierzu.[5]
„Obecnie modne jest zrzucanie na neoliberalizm winy za całe zło świata. Jakże często jest to po prostu tania retoryka stosowana przez panów w średnim wieku, którzy noszą czapki bejsbolowe tyłem do przodu i rozpaczliwie usiłują wyglądać „cool”, chociaż nie do końca im się to udaje”[6] – czytamy w „The Economist” z 2017 roku. Raczej trudno wyobrazić sobie dziennikarza „The Economist”, niezależnie od wieku, noszącego czapkę bejsbolową tyłem do przodu, ale niewykluczone, że tygodnik, który wiernie strzeże płomienia liberalizmu (być może też neoliberalizmu), uchwycił zjawisko, w którym „jest coś na rzeczy”.
8. Wciąż jeszcze nie zniknął podział społeczny na klasy: Światopogląd centrolewicowy nie zyskał w Polsce popularności, a liberalne centrum było zbyt zajęte sobą i niepewne swojej pozycji, by próbować znaleźć język, który by choć po części brał pod lupę troski życia codziennego wielu Polaków. Co więcej, centroliberałowie nie otworzyli się na opcję, by w celu obalenia władzy PiS i przywrócenia Polski na ścieżkę rozwoju silniejszej demokracji i praworządności państwa podejmować działania bardziej kolektywistyczne i oparte na współpracy. Lewica, jak się wydaje, na dobre utknęła w zawieszeniu między cynicznymi eks-aparatczykami reżimu komunistycznego, a szpanerskimi myślicielami neomarksistowskimi. Przyjęła pod swoje skrzydła Tęczową Formułę walki o prawa mniejszości LGBT, tracąc wiele poparcia klasy pracującej, czy to zrzeszonej w związkach zawodowych, czy nie. Zbudowanie masowego ruchu wymaga wizji, która przede wszystkim poważnie potraktuje strategię Prawa i Sprawiedliwości, postara się zrozumieć zmiany w dynamice procesów klasowych, zostanie oparta na realnych kwestiach społecznych, zarazem pozostając inkluzywna wobec mniejszości, których prawa wyznaczały główny front walki w kampaniach wyborczych z lat 2019-20, zamiast je wykluczać. Najbardziej prawdopodobną propozycją dla formacji, która mogłaby przezwyciężyć supremację PiS, wydaje się obecnie jakaś forma socjaldemokracji.
9. Post-postkolonializm? Prawo i Sprawiedliwość oparło swój wizerunek partii posiadającej mandat polskiego społeczeństwa na zdecydowanym proteście przeciw temu, co nazwało „prowadzeniem na Polsce eksperymentu postkolonialnego”. Zdefiniowało sie jako partia „Polski, która odrzuca zewnętrzną przynależność”. Nie brak, rzecz jasna, obrońców tezy, że atak PiSu na instytucje demokracji liberalnej miał character niemal autorytarny i że należy podjąć działania dla wzmocnienia ideałów liberalnych. Ale wrzucać „populistyczny PiS” do jedego worka z innymi łotrzykami według liberalnego kanonu Zachodu można tylko wtedy, gdy się pominie kilka nader kluczowych elementów. Okazuje się, że jest możliwy modernizm, który odżegnuje się od niektórych aspektów liberalnego języka!
10. Testowanie hipotez wstępnych
Brytyjska prasa miała swój pogląd na to, jakie wiadomości z Polski są naprawdę ważne i konsekwentnie go realizowała. Mówiąc otwarcie: Polska była gospodarczo „niesamowita”, ale politycznie „niegrzeczna”.
Tak, ale… po pierwszych „nalotach dywanowych” na „nacjonalistów” i „skrajną prawicę” w nagłówkach donoszących o zwycięstwie PiSu, dobór wiadomości stał się nieco bardziej zniuansowany. Widać to było wyraźnie zarówno w doniesieniach reporterskich, jak w artykułach prasowych, przy czym Garton-Ash posunął się nawet do przyznania (aczkolwiek z niejakim ociąganiem), że jego wersja liberalnej międzynarodówki miała swój udział w stworzeniu gleby podatnej na bujny wzrost owych „populistów”.
Standardami „dobrego” zachowania było to, co akceptowano jako takie w centralach prasowych w Brukseli, Londynie, Paryżu, Berlinie i Waszyngtonie. Sedno dyskursu zarówno centro-lewicowego, jak i centro-prawicowego kształtowane było przez wysiłki interpretacji pojęcia „Zachodu” oraz wyobrażenia o znaczeniu wydarzeń 1989 roku.
Wraz z brexitem Europa musiała porzucić koncepcję jednokierunkowej, strukturalnie prostej Europy. Neokolonialny język zbudowany na idei spotkania Wschodu i Zachodu został w wielu przypadkach zastąpiony dyskusją o konfrontacji federalizmu z nacjonalizmem, regionów północnych z południowymi itp.
Ale neokolonialne ujęcie rzeczywistości zostało przekazane i utrwaliło się wśród polskiej elity, której wielu przedstawicieli studiowało na Zachodzie.
Elita owa okazała się jednak słabsza i mniej liczna, niż pierwotnie zakładano. Miała minimalny wpływ na Polaków ze wszystkich klas społecznych, a powstająca dopiero warstwa przedsiębiorców była w niewielkim stopniu zainteresowana „modelem brytyjskim” – wyjąwszy fascynację wyrafinowanej konsumpcji whisky, eleganckich półbutów i samego języka.
W wielu relacjach z wydarzeń w Polsce zlewały sie ze sobą fakty i opinie, a o sposobie formułowania treści informacyjnych decydowała etykietka „braku liberalizmu”.
Często używano języka uproszczonego, wskutek czego akty mowy nabierały charakteru performatywnego – kreując coś, co nie w pełni odpowiadało rzeczywistości lub zbyt wyostrzając kontury. Tak skonstruowane pojęcia prawdy zostały szybko podjęte przez autorów artykułów redakcyjnych i felietonów, przez co utrwaliły się tak, że trudno było je potem korygować reporterowi powracającemu w teren.
W dominującym dyskursie zmarginalizowaniu uległy alternatywy dla najczęściej stosowanych kanonów analiz gospodarczych. Hierarchia wartości i pojęć, na jakiej oparto treści doniesień, miała więcej wspólnego z systemami wartości zachodnich, niż z polską rzeczywistością.
I to uległo zmianie w miarę, jak wiele wielkoformatowych tytułów prasy brytyjskiej zaczęło uznawać potrzebę modyfikacji dotychczasowych wzorców – szczególnie w obliczu przedłużającej się pandemii. Język stał się bardziej „przyjazny”, a popularna dotychczas gama określeń dla zjawisk zachodzących w Polsce – od „łapówek” i „przekupstwa” po „przegranych transformacji” okazała się nagle nie do końca harmonizować z zasadniczym dyskursem emaującym z Fleet Street[7].
Ogólny ton brytyjskich (zachodnich) doniesień z Polski uwypuklał roszczenie PiSu do mandatu dla reprezentowania Polaków, jako partii obierającej bardziej „narodowe” stanowisko niż to, które preferowano w mediach zachodnich; powracało hasło, że PiS stawia czoła Brukseli, Berlinowi itd.
Być może to przesada, ale istnieją niepodważalne dowody potwierdzające, że PiS wykorzystało zagraniczne media w ten sam sposób, co Trump, opowiadając o „fake newsach”, jakby potrząsając pięścią w kierunku tych, którzy nie ogarniali całości „większego projektu”. Ale w praktyce wpływ mediów międzynarodowych na wewnętrzną sytuację Polski był raczej ograniczony, skoro niewielu Polaków miało do nich dostęp. Można by za to zadać pytanie, czy ogólny ton zagranicznych doniesień działał bardziej na korzyść Platformy Obywatelskiej, czy dla Prawa i Sprawiedliwości. Biorąc pod uwagę, że bardzo niewielu wyborców PiSu śledzi zagraniczne kanały informacyjne, a ich dostęp do mediów spoza Polski jest zapośredniczony przez treść kościelnych kazań czy napędzających obawy wiadomości w mediach państwowych – cokolwiek by nie donosiły takie kanały jak CNN, Die Welt czy The Guardian, było dla nich w dużej mierze nieistotne. Tymczasem brytyjski czytelnik, dla którego Polska była dotychczas częścią „wschodniej Europy” – krajem biednym, zacofanym itp., mógł nieco zmienić poglądy w miarę, jak szerszy napływ informacji pozwolił ujrzeć bardziej zniuansowany obraz kraju, z dynamiką politycznych wydarzeń nieco przypominającą ich własną. W rezultacie Polska stała się „nie tak odmienna od nas”. Identyfikacja sprawdzała się na oba sposoby – owi „my” to mogli być przedstawiciele klasy średniej, sprzyjający mniejszości LGBT+, protestujący w Warszawie pod hasłami „precz z PiS”… albo zbieracze owoców na pobliskiej farmie, którzy „zabierają nam pracę” w Peterborough, miasteczku pod Cambridge, gdzie licznie osiedli Polacy.
11. Synteza? W zero-jedynkowej grze, gdzie można wyłącznie wygrać lub przegrać, rozumieć przeciwnika – czy też wykazać przenikliwość, by w ogóle nie postrzegać w nim przeciwnika – jest jednoznaczne z utratą przewagi. Obie strony są zgodne – „druga strona” zagraża samej grze. Polska i opowieść o Polsce wciąż potrzebują „brytyjskiego głosu”, ale ten głos mógłby nabrać bardziej eklektycznego charakteru, tworzonego nie tylko przez dziennikarzy liberalnych, dla których „populista” jest kolejnym określeniem „brudnych mas”. Żeby w „nich” ujrzeć człowieka, musimy najpierw zrozumieć, że zawsze musi istnieć ktoś, kto wywiezie śmieci.
[1] Jo Harper, „Hoping, Doping and Coping,” DW.com, March 7, 2017: Wywiad z niemieckim politologiem Wolfgangiem Streeckiem, profesorem w Max Planck Institute for the Study of Societies w Kolonii
[2] Konsensus waszyngtoński – dokument określający podstawy zalecanej polityki gospodarczej państwa, opracowany w latach osiemdziesiątych XX wieku pzez Johna Williamsona; na jego założeniach opierał się polski model transformacji (np. plan Balcerowicza). Model westminsterski – model ustroju demokratycznego, w który władza wykonawcza jest sprawowana przez rząd jednopartyjny, dominujący nad dwuizbowym parlamentem, w którym izba niższa odgrywa większą rolę.
[3] Z artykułu wstęnego The Financial Times z 30 maja 2016 r. Pochwała za odnotowanie przynajmniej jednej sprzeczności należy się innym: patrz Adrian Karatnycky w Politico, z 15 grudnia 2015. Również Charles Crawford w The Daily Telegraph. Citation info
[4] Detroit – amerykańskie miasto znane z przemysłu, które w 2013 roku ogłosiło upadłość i po ośmiu latach jeszcze się nie podniosło z ruiny gospodarczej. Bolton – brytyjskie miasto przemysłowe w Lancashire, które stało sie w latach trzydziestych ubiegłego stulecia obiektem szeroko zakrojonego badania socjologicznego. Zwano je „Worktown” – „Pracmiasto”, miało być wzorem miejscowości gdzie styl życia zdefiniowany jest przez klasę robotniczą. Jeszcze zanim wiek XX dobiegł końca, miasto niemal znikńęło z powierzchni ziemi. W Skarbimierzu firma Cadbury otworzyła w 2010 roku jedną z największych fabryk [ale w 2020 roku stopa bezrobocia dla Skarbimierza wyniosła ponad 8% – ponad 2% więcej, niż średnia krajowa]
[5] James Meek, „Z Somerdale do Skarbimierza, James Meek podąża śladami Cadbury do Polski,” London Review of Books 39, no. (data): 8–20.
[6] The Economist, 29 września 2016.
[7] Niegdyś tradycyjne miejsce wymiany rzetelnych informacji, publikowanych następnie w ręcznych biuletynach (newsletters); od XIX w. słynna z lokalizacji licznych redakcji i drukarń – za Encyklopedią PWN

Leave a Reply