Pierwszy był Martin Jacques[1], wydawca pisma „Marxism Today”, gdzie jako 21-letni student odbywałem staż. Polegał on na jeżdżeniu żółtą linią londyńskiego metra zwaną Circle Line i sprawdzaniu na wszystkich stacjach, czy egzemplarzy „Marxism Today” nie wyeksponowano na straganach księgarni W.H. Smith gorzej niż, powiedzmy, „The Economist” czy „The Spectator”. Księgarnię tę uważaliśmy oczywiście za „wrogą” i „reakcyjną”. W kilku ostatnich miesiącach istnienia tego periodyku parzyłem również herbatę. Moje początki a jego zmierzch zbiegły się z pierwszymi częściowo wolnymi wyborami w Polsce w czerwcu 1989 roku.
„Marxism Today” mężnie i na przekór wszystkiemu próbował objaśnić nagły upadek komunizmu w Europie Wschodniej z perspektywy marksistowskiej. Jednak we wrześniu 1989 roku, kiedy rozpocząłem studia magisterskie na wydziale stosunków międzynarodowych Uniwersytetu w Bristolu, nikt nie miał już do tego głowy, ani ja, ani redaktorzy. Mam nadzieję, że wyniosłem z tego okresu najlepsze podstawy analitycznego, krytycznego, humanistycznego podejścia do rozumienia świata. Choć przyznaję, że sam pomysł robienia rewolucji był wtedy zdecydowanie passé.
W pierwszych moich miesiącach w Bristolu obalono mur berliński. Podekscytowani i zaniepokojeni profesorowie zaczęli w pośpiechu przerabiać programy nauczania, co nie pozostało bez wpływu na ich jakość. Była to zmiana jak najbardziej fortunna. Bycie „marksistą” byłoby dość męczące, wymagałoby zmuszania się do codziennej konfrontacji z pogardzaną rzeczywistością, zaś na podjęcie działań byłem zbyt leniwy, zbyt sceptyczny i wreszcie prawdopodobnie również zbyt powierzchowny. Czasem – patrząc, jak źle się działo w rzeczywistym, nieudanym państwie – sekretnie marzyłem, że naprawdę istnieje ukryte tzw. głębokie państwo (Deep State), o którym szeptali zwolennicy teorii spiskowych. Grecki ekonomista Yanis Varoufakis pisał później, że całe swoje dorosłe życie spędził jako lewak-outsider, przekonany, że na świecie istniał jakiś przeciwnik: establishment albo dorośli. I kiedy podczas kryzysu 2008 roku został greckim ministrem finansów, miał nadzieję wreszcie ich spotkać. Podczas swojej pierwszej podróży do Brukseli zanotował: nie ma żadnych dorosłych, w każdym razie nie w tej sali[2].
Im bardziej marksizm odchodził do politycznego lamusa, z tym większą energią prawica rozpowszechniała hasło „marksizmu kulturowego”[3]. Dla jej zwolenników liberałowie (w amerykańskim rozumieniu – w tym osoby o poglądach w Europie Zachodniej uważane za centrowe i lewicę) byli w równym stopniu przedstawicielami marksizmu kulturowego jak właściwi marksiści. Moim jednak zdaniem wielu ze wspomnianych marksistów było paradoksalnie mniej kulturowo marksistowskich niż niejeden liberał (w sensie brytyjskim, oznaczającym zwykle centrystę i konserwatystę). Z drugiej strony prawica dostarcza mnogości przykładów kulturowego marksizmu. Wystarczy rzucić okiem na życie prywatne Borisa Johnsona i Donalda Trumpa, by znaleźć wiele dowodów lekceważenia przez nich tradycyjnych wartości rodzinnych.
Rok w Krakowie na Wydziale Nauk Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego (UJ) pod kierunkiem profesora, którego wcześniej trzy miesiące szukałem, wyrobił we mnie ambiwalencję do trybu życia polskich studentów oraz uwielbienie dla niemal wszystkiego, co polskie. Potem przez dwa lata pracowałem w charakterze urzędnika w rządowej jednostce propagandowej, the Central Office of Information (COI) w Lambeth, jednej z pierwszych instytucji korzystająch z nowinki zwanej internetem. Jednocześnie pisałem pracę doktorską w London School of Economics (LSE) o polskiej polityce pod kierunkiem przyszłego prawicowego posła węgierskiego Fideszu Györgyego Schöpflina, znanego mi wtedy jako George Schöpflin.
W każdym razie udawało mi się opłacać czesne pracując nocą na Południowym Kensingtonie jako taksówkarz oraz mieszkając w mieszkaniu komunalnym przy rogu ulic Elephant i Castle, które funkcjonowało trochę jak squat. Potem poślubiłem jedną ze squatowych towarzyszek broni, Gdyniankę (dumną z wielkiej portowej historii miasta) imieniem Joanna i przelotnie zatrudniłem się jako nauczyciel w British Council w Gdańsku.
Mieszkaliśmy u rodziców Joanny, z okna widać było wielki żuraw portowy wciąż noszący widoczny napis „Stocznia im. Komuny Paryskiej”.
Pierwszą prawdziwą pracę w dziennikarstwie dał mi David McQuaid w agencji prasowej Dow Jones w Warszawie w 1999 roku. Przez 12 miesięcy miałem okazję z bliska obserwować kuriozalny romans, jakim są stosunki polsko-amerykańskie.
Następne pół dekady spędziłem w Gdyni, m.in. jako reporter Reutersa do spraw Polski Północnej. Praca była intrygująca, choć niezbyt regularna. Po publikacji w „Polityce” artykułu o aferze pedofilskiej w BBC w 2010 roku zaprzyjaźniłem się z dziennikarzem Markiem Ostrowskim. Bartosz Węglarczyk, szef działu zagranicznego w „Gazecie Wyborczej”, zgodził się wydrukować moje dość osobiste wynurzenia spisywane na londyńskim Strandzie[4] po moim rozwodzie i dwunastu samotnych miesiącach w londyńskiej dzielnicy Finsbury Park oraz trzech miesiącach w serwisie biznesowym „Debtwire”, wtedy w rękach The Financial Times Group.
Dziękuję wszystkim, którzy przez lata próbowali nauczyć mnie, że dziennikarstwo nie jest antropologią dla ubogich[5] ani jakimś ezoterycznym ćwiczeniem epistemologicznym, wciąż uczę się tych prawd. Wiedza o różnych sprawach i weryfikowanie ich – znane w naszej branży jako zbieranie informacji – sprawiały mi problemy i budziły pytania, czym jest prawda oraz jaką rolę w tworzeniu informacji odgrywa dziennikarz. W erze postprawdy fakty nadal wymagają osadzenia w kontekście, ktoś przecież musi decydować, które fakty wybrać i jak o nich mówić. W końcu czasem wiemy coś przez indukcję. Powtarzam to sobie i – jak się okazało, dość niefortunnie – także innym kolegom oraz koleżankom dziennikarzom i dziennikarkom.
Nie wszystko, co wiemy lub relacjonujemy było wcześniej nieznane i niewiadome lub wymaga dowodu empirycznego. Dziennikarze nieuchronnie stanowią element procesu tworzenia informacji, nazywając i kategoryzując idee wpływają na osoby i wydarzenia. Innymi słowy, jesteśmy w równym stopniu obserwatorami i uczestnikami, a nasz udział w wydarzeniach wywiera wpływ na nasze obserwacje. A mimo to dążymy do obiektywizmu: szukamy drugiego źródła do potwierdzenia informacji, tak jakby ci z nas, którzy wykonują tę robotę – pochodzący przecież spośród nas samych – byli nieomylni i zawsze bezstronni. Wyczuwam tu pewien wpływ ducha humanistycznego: żurnaliści jako byty hermeneutyczne, bardziej terapeuci lub doktorzy, powiernicy i uzdrowiciele niż księgowi.
Dziękuję szczególnie Marii Bnińskiej z Financial Observer w Warszawie, Hardy’emu Graupnerowi z Deutsche Welle w Berlinie, Williamowi Smale’owi z BBC w Londynie i Janowi Cieńskiemu z Politico w Brukseli. Dziękuję też Jurkowi Mączyńskiemu, szefowi firmy Mergermarket w Warszawie, który przez kilka lat, gdy pisywałem o polskim rynku fuzji i przejęć, znosił moją ignorancję i obojętność. Jestem też wdzięczny Craigowi Smithowi za dbanie o warszawską społeczność publikujących ekspatów. Dawał mi pracę oraz wspaniałą możliwość obserwacji amerykańskiego ducha przedsiębiorczości. Jestem też wdzięczny zespołowi CEE Marketwatch z Georgim Kadievem, Ventsislavem Penchevem, Scottem Salembier and Davidem Kennedym za świetne wyjazdy integracyjne do Bułgarii i Grecji w latach 2005-2010.
Przepraszam Patricka Grahama, reportera Reutera, z którym kiedyś grywałem w piłkę nożną w drużynie Warsaw Wanderers, za nadużywanie jego cierpliwości w słuchaniu różnych moich ironicznych uwag na temat ciasnego światka zagranicznych dziennikarzy w Warszawie. Przepraszam też dziennikarza Christiana Daviesa za to, że we wcześniejszym zbiorze moich esejów na temat PiS, cytując jego wypowiedź na temat tzw. żołnierzy wyklętych, nie podałem odnośnika do źródła („Poland’s Memory Wars: Essays in Illiberalism”[6]).
Dziękuję mojej żonie Oli i naszym trzem synom, Henry’emu, Maxowi i Oliverowi, za miłość i wsparcie. Jestem wdzięczny Peggy i Mike’owi Lunanom za pomoc w researchu. Dziękuję też profesorowi historii na Uniwersytecie w Michigan, Brianowi Porter-Szűcsowi, za konsultacje i porady, Patricii Ladly za jej często brutalną krytykę, Janowi Daraszowi i Johnowi Harperowi za komentarze i anegdoty oraz Lawrence’owi Fahrenholzowi i Johnowi Stravrellisowi za korektę.
[1] Patrz: Jo Harper, „China: Creaking tiger, hidden dragon?”, 18.10. 2019, Deutsche Welle.
[2] Yanis Waroufakis, „Adults in The Room: My Battle with Europe’s Deep Establishment” (Dorośli na sali: moja walka z europejskim establishmentem) (Londyn: Random House UK, 2018). Przypadek Varufakisa przypomina mi rozmowę z pewnym bankierem, który współpracował z rządem brytyjskim nad planem ratowania brytyjskiej gospodarki. W 2008 roku powiedział mi, że ówczesny premier Gordon Brown oraz jego minister finansów Alistair Darling byli „całkowicie niekompetentni w dziedzinie ekonomii i nie mieli na nią głębszego spojrzeniana”.
[3] Termin „marksizm kulturowy” bierze się ze skrajnie prawicowej i antysemickiej teorii spiskowej, według której powojenna szkoła frankfurcka wspiera dążenia do osłabienia kultury Zachodu poprzez podważanie tradycyjnego konserwatyzmu i chrześcijaństwa za pomocą multikulturalizmu, progresywnej polityki i poprawności politycznej. David Jenemann, „Adorno in America” (Minneapolis: University of Minnesota Press, 2007).
[4] Jo Harper, „Anglik za granicą”, 3 sierpnia 2009, Gazeta Wyborcza.
[5] Dziennikarstwo nie jest antrolopologią dla ubogich – Elizabeth Bird, „The Audience in Everyday Life: Living in a Media World”, (New York: Routledge. 2003).
[6] Jo Harper, Poland’s Memory Wars (Polskie wojny pamięci) Budapeszt: CEU Press, 2018.

Leave a Reply